second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Halfway Festival w Białymstoku

Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem koncertów. Głównie dlatego, że kiedy słucham muzyki - chcę słuchać muzyki. Nie chcę przebijać się przez tłum, nie chcę musieć podskakiwać, żeby zobaczyć cokolwiek na scenie. Nie chcę też, żeby wszystkie wnętrzności podskakiwały mi przy każdym basie. Chcę widzieć artystę i czuć, że gra dla publiczności. Chcę też publiczności, która docenia to, co dzieje się na scenie.

Tego wszystkiego nie mają duże festiwale czy - po prosu - duże koncerty. Dla mnie nie różnią się praktycznie od obejrzenia live na YouTube. Bo niby jest artysta, niby gra i wszystko słychać, ale co z tego kiedy nie ma szans nawiązać prawdziwego kontaktu z fanami. Równie dobrze można odpalić empetrójkę. Kiedy muzyka jest dobra, jest tak samo dobra na koncercie jak i kiedy słuchamy jej w domu. Prawdziwą różnicą są wszystkie możliwości jakie daje bezpośrednie spotkanie ze wszystkimi siedzącymi na widowni. I udostępnienie widowni maksymalnie wygodnej pozycji do zbierania wszystkiego co starają się przekazać artyści.

Halfway zrobił to wszystko. Tak po prostu. Tworząc mały koncert w dość kameralnym miejscu. Pozwolił stać lub siedzieć, a jak już oczy same się zamykały to nawet leżeć pod samą sceną (pozdrowienia dla Gabrysi!). Sprowadził rolę ochrony do niewidocznych panów, którzy spacerują sobie po punktach widokowych Opery i Filharmonii Podlaskiej. Żadnych barierek, żadnych reguł. Po prostu kwintesencja zaufania do widowni. To się czuło. Wchodzisz na teren obiektu (nikt nawet nie próbuje cię obmacywać) i jesteś tak równoprawnym członkiem całego projektu jak każdy występujący artysta.

Bez przerwy mijasz muzyków towarzyszących Annie von Hausswolff, bo kręcą się po obiekcie. A później siadasz obok samej Anny na widowni i podziwiasz jak gra Sóley, którą z resztą mogłeś minąć kilka godzin wcześniej na białostockiej starówce. Chwilę później widzisz gromadkę fanów tańczących na scenie razem z SoKo, która ostatecznie została uściskana przez jedną czwartą widowni za genialny koncert, o którym Białystok mógł wcześniej tylko marzyć. Nie mówiąc już o tym, że nie musiała nikogo specjalnie namawiać do stworzenia bajecznie brzmiącego chóru pomagającego jej wykonać utwory (wystarczyło I won't play any fucking song if you won't help me). ;) W przerwie możesz przywitać się z Emilíaną Torrini, która stoi w kolejce po piwo (albo kiełbaskę, właściwie nie zwróciłem uwagi) i pogadać przy stoliku z Wilhelm Jerusalem, którzy otwierali cały festiwal. Niezależnie od tego jak wielkiego formatu gwiazda wchodzi na scenę - jest tam faktycznie dla ciebie. Sam wpadłem na SoKo, która próbowała uciec na chwilę od fanów stojących w kolejce. Właściwie ona na mnie wpadła (tak dosłownie) kiedy szedłem przywitać się z Emilíaną Torrini. Z resztą – jak często zdarza się, że ktoś z widowni wchodzi na scenę pomóc artystce bo zapomniała tekstu piosenki? Albo okryć ją płaszczem kiedy zrobiło się zimno?

Zdjęcie, na którym widać artystów siedzących na trawie pod koniec dnia chyba tłumaczy wszystko.

I tutaj trzeba przyznać, że organizatorzy obdarzając nas tak wielkim zaufaniem zasługują na nieskończone podziękowania. Na terenie festiwalu można było robić wszystko na co się miało ochotę. Mogliśmy wparować do garderoby dowolnego artysty, obstawić każdego nieskończonym kordonem ludzi i krzyczeć aj law ju, ale chyba wszyscy chcieliśmy, żeby artyści mogli z nami się bawić, a nie pracować. Dlatego mogli śmiało poruszać się między nami każdego dnia festiwalu. Nie zagradzała im drogi setka osób w każdym kierunku, bo chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to męczące. Nikt nie próbował nikogo zabić (pomyślałby kto, prawda?), nikt nie ukradł żadnej gitary, ani też nikt nie wymiotował przy scenie. Dlaczego? Dlatego, że to od nas zależało jak zapamiętają swój koncert wykonawcy. I to się czuło na każdym kroku. Takie głośne „my sprowadziliśmy dla was artystów, teraz wy musicie dobrze ich przyjąć” ze strony organizatorów. Nie rozrabiasz wydając przyjęcie we własnym domu, prawda? Szczególnie jeśli na przyjęciu pojawiają się osoby, które szanujesz od dawna.

Z każdego miejsca w amfiteatrze dało się czuć wdzięczność za to, że nasi ulubieni artyści przyjechali właśnie tutaj i to stworzyło festiwal, który zasilane wielkimi kwotami Open'ery może zjeść na śniadanie. Jedyny problem jaki teraz widzę to jak pomieścić widownię w następnym roku. Bo po takich trzech dniach nie sposób nie mieć pewności, że będzie nas tam dużo więcej.

A Emilíana Torrini? Nie umiem nic powiedzieć, nie jestem pewien czy oddychałem.