Dlaczego Twitter (jeszcze) ćwierka?
- 09 stycznia 2008
- 17:26:31
Spora część zaglądających tutaj posiada bloga. Zakładamy je z różnych powodów, ale najczęściej chodzi o jedno - chcemy pisać (i zyskać czytelników). Blogi przyjmują różne formy - na jednych znajdziemy obszerne artykuły, inne dostarczają dziennej porcji ciekawych linków, czasem serwują warte uwagi filmiki z YouTube, czy - prowadzone w formie dziennika - opowiadają o życiu autora.
Twitter jest serwisem kierowanym (przynajmniej w teorii) do ostatniej z wymienionych grup blogerów - ludzi, którzy chcieliby poinformować kogoś, o tym co aktualnie robią, i co robili przez ostatni okres.
Zasady są proste - rejestrujemy się, dostajemy konto i stronę ze swoim profilem (w postaci twitter.com/twójnick, po czym możemy zaczynać. Tylko... zaczynać co?
Na początku serwis miał służyć do informowania (przyjaciół) o tym, co aktualnie porabiamy (What are you doing?
). Tak był promowany i w dalszym ciągu wszelkie materiały odwołują się do tego hasła. Potem ktoś to nazwał microbloggingiem
. I słusznie, bo idea Twittera upadła. Użytkownicy przestali informować o swoich aktualnych zajęciach, a zaczęli używać serwisu jako swojego rodzaju minibloga (tutaj micro
). Pojawiały się informacje o nowościach, przemyślenia, linki do ciekawych filmików na YouTube... Chwilka. Skądś to znamy?
Czym zatem różni się Twitter od przeciętnego bloga? Objętością wpisów. Tylko. Ograniczono nas do 140 znaków w jednej notce.
What are you doing...
bla, bla, bla
Podchodziłem do idei informowania ludzi o tym, co robię, bardzo sceptycznie. Internet i prywatność ostatnio to wyrazy przeciwstawne, więc dobrowolne pozbawienie się kolejnego skrawka tejże niezbyt mi się podobało.
Serwis jednak zyskiwał na popularności. Im dłużej istnieje, tym więcej znajomych mogę tam znaleźć. Może więc spróbować?
Jak pomyślałem, tak zrobiłem i swój profil od jakiegoś czasu posiadam.
Od razu zaznaczę, że nigdy nie zamierzałem używać Twittera zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. To, co się dzieje po mojej stronie monitora, zostawiam dla siebie. Zarejestrowałem się, żeby udowodnić sobie, że cała ta idea nie jest warta funta kłaków. Wiecie co? Miałem rację.
What are you doing?
na szerszą skalę nie ma sensu. Niewielu faktycznie obchodzi, że idę wynieść śmieci, do sklepu po chleb, czy podlać kwiatki - prawda? Dlatego takie informacje zamieszczam sporadycznie. Generalizując, używam Twittera jako typowego minibloga - link do filmiku, ciekawa informacja, zaproszenie do wspólnej gry online itp. I tak robi przeważająca większość!
Ograniczenie długości pojedynczego wpisu to zezwolenie na "olewcze" pisanie. Możemy śmiało podać linka do jakiegoś artykułu, podpisać go "głupoty plecie" i tyle - nikt nie wymaga sensownych argumentów, nie trzeba dbać o stylistykę ani interpunkcję. Nie obowiązują tam zasady, których łamanie na "prawdziwym" blogu najprawdopodobniej zniechęciłoby czytelników do odwiedzin.
Twitter nauczy mnie angielskiego
Często słyszałem to jako argument "za" posiadaniem profilu w omawianym serwisie. Sam nawet byłem gotów przyznać rację temu stwierdzeniu. Teraz jednak widzę, że niewiele w tym prawdy. Przez cały okres prowadzenia mojego microbloga, nikt nie zwrócił mi uwagi, gdy popełniłem jakiś błąd - a było ich sporo. Samo pisanie po angielsku nie uczy - trzeba jeszcze kogoś, kto nasze wpisy sprawdzi. Jedyne "za" jakie widzę, to poznawanie nowych słówek. Od czasu do czasu jakiegoś brakuje i trzeba skorzystać ze słownika (by po godzinie zapomnieć czego się szukało). ;)
Więc?
Przyznam szczerze, że nie rozumiem popularności Twittera (i serwisów jemu podobnych - jak nasz polski Blip). Internautom brakowało miejsca do prowadzenia miniblogów? Standardowe serwisy się do tego nie nadawały?
Jak myślicie - co spowodowało tak duży szum wokół całej sprawy? Czy taki trend będzie się utrzymywał? Czy liczba microblogów będzie wciąż wzrastać?
Komentarze
kanał komentarzy do tego artykułuPrimo: Jeśli czyjeś życie sprowadza się do wynoszenia śmieci, jedzenia i spania to tylko pogratulować. Ja twittuję co robię (głównie (80%) są to rzeczy związane z kodem albo jakieś techniczne nowości), czasem tylko postanawiam posumować mój stan umysłu albo zapodać jakiś ciekawszy link, który przed momentem zbadałem. Nie uważam, że idea serwisu upadła, obserwując wielu ludzi mogę być prawie pewny, że żyje i ma się dobrze. Zależy tylko jaką grupę ludzi mamy za znajomych na Twitterze.
Secundo: Angielskiego Cię nie nauczy, ale Ci go pomoże doszlifować. Samo to, że widzisz swoje błędy mobilizuje. Często przez zawstydzenie – wiele razy strzeliłem takiego babola, że aż impulsowo skasowałem wypociny. Oczywiście Twitter to nie wszystko – dla mnie przykładowo jest to jeden z wielu kanałów którym płynie do mnie codzienna mowa “native speakerów”.
A założyłem Twittera nie dlatego, że szum i że fajnie, tylko bo to się przydaje. Dzięki Twitterowi nie muszę śledzić źródeł RSS-ów produkujących 50 itemów na dzień – wystarczy, że ktoś gdzieś usłyszy i przekaże dalej. Metafiltry w erze informacji są diablo istotne.
PS: Chyba będę tutaj komentował non stop, czuję się jak w domu. ;))
riddle
20:00:49 | 09 stycznia 2008
riddle: Chyba trochę za mocno się wyraziłem we wpisie. Nie tyle upadła, ale dla mnie wpisem zgodnym z założeniem Twittera byłoby „I’m codding”, czyli bezpośrednia odpowiedź na pytanie „What are you doing?”. Zbyt wielu osób nie śledzę, ale przeglądam czasem profile i takich bezpośrednich odpowiedzi zbyt często nie widzę. Miałem wiedzieć, co robią znajomi – serwis zapewnia to tylko czasami.
Wcale nie twierdzę, że to wada, bo mi taka forma Twittera się podoba, nie mniej jednak IMO to nie to, co miało być.
Co jak co, ale od „native speakerów” uczyć się nie chcę. :P Z całym szacunkiem dla nich, ale w większości mają nikłe pojęcie o swoim języku. A że czasem swoje błędy zauważam – zgoda, tylko, że wcale nie jestem pewien czy dobrze je poprawiam. ;)
Ogólnie rzecz biorąc, to masz rację – powinienem poszerzyć śledzone profile. Może faktycznie powinienem się zagłębić w Twitterowy świat, żeby dostrzec zalety o których mówisz…
Do PSa: Zapraszam. :P Twoje rozwiązania (które parszywie skopiowałem) :P sprawdzają się genialnie. :D
zx
20:49:01 | 09 stycznia 2008
Twitter ogólnie nie sprawdza się do nauki języków z prostej przyczyny—mało kto lubi, gdy się go poprawia, a inny, wiedząc o tym, starają się tego nie robić. Nie mam wśród followers wielu Polaków, ale większość z nich pisząc robi błędy. Czy poprawiam?—nie, bo może to zostać źle odebrane.
Podobnie to wygląda w kontaktach na żywo—nikt nie będzie Cię poprawiał dopóki mówisz zrozumiale, bo savoir vivre tego zabrania.
PS. Sam się prosiłeś—„I’m coding”, nie „I’m codding” :P
matid
23:01:01 | 17 lutego 2008
s/a inny/a inni/
:)
matid
23:01:44 | 17 lutego 2008
matid: A widzisz – poprosiłem oficjalnie i już ktoś mnie poprawia. Za co jestem bardzo wdzięczny.
Ja lubię, jak ktoś mi wytyka błędy, bo dzięki temu mogę się czegoś nauczyć. Bo skąd mam wiedzieć, że robię źle, jeśli nikt mi tego nie powie. Za poprawki dzięki. :)
zx
08:55:31 | 18 lutego 2008