second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Nie potrzebujesz antywirusa ani firewalla!

Jakiś czas temu – to będzie już chyba półtora roku – postanowiłem zaprzestać używania jakichkolwiek aplikacji ochronnych w stylu antywirusa czy firewalla, chcąc sprawdzić czy faktycznie są mi niezbędne. Postawiłem się w roli użytkownika, któremu się po prostu nie chce. Chcę wgrać system i mieć z nim spokój – niech sam się o siebie troszczy.

Przede wszystkim – postawiłem na Vistę (w tej chwili SP1), choć w tym przypadku równie dobrze sprawdza się XP czy nawet wcześniejsze generacje systemów Microsoftu. Na własnej skórze chciałem przekonać się, czy jakakolwiek dodatkowa ochrona jest mi potrzebna. I, czy faktycznie – w razie jakichś kłopotów – dodatkowe oprogramowanie jest w stanie mnie uratować.

Po tym czasie jasno mogę stwierdzić, że nie potrzebuję żadnego zewnętrznego oprogramowania ochronnego. Zainstalowany system z włączonym firewallem zapewnia mi bezpieczeństwo. To samo zrobiłem na komputerze siostry (XP) i mogę śmiało powiedzieć, że jej też nie jest potrzebny (a nie jest to osoba znająca się na systemach). Idąc dalej – śmiem uogólnić, że większość użytkowników systemów z rodziny Windows nie potrzebuje takiego software!

Mówi się, że Windows jest dziurawy, że pełny błędów i ciągle coś mu grozi, że trzeba się przed czymś bronić… A ja się pytam – niby przed czym? Bo ja żadnego zagrożenia nie widzę. Nie widzę najmniejszej potrzeby obciążania dodatkowo systemu zbędnymi i zasobożernymi aplikacjami.

W ten sposób jesteśmy zabezpieczeni przed potencjalnym atakiem z zewnątrz. Kolejna droga, którą coś wrednego może zaatakować nasz system, to pliki pobierane z sieci. Większość tego kanału to dawniejsze aplikacje P2P, strony z crackami, numerami seryjnymi i pornografią. (Za dawniejsze aplikacje P2P uważam wszystkie poza torrentami w dzisiejszej formie.) Jeśli pobieramy jakieś pliki, to najczęściej z pewnego źródła – i marketing speców od zabezpieczeń nie przekona mnie, że jest inaczej. Omijając te trzy niebezpieczne źródła (a to przecież nic wielkiego) mamy nikłe szanse na natknięcie się na coś faktycznie niebezpiecznego.

Wykluczyliśmy już dwie najczęściej wykorzystywane drogi, którymi rozpowszechnia się szkodliwe oprogramowanie. Kolejną, dość istotną, są błędy i luki w programach, których używamy. Kontakt z siecią w dużej mierze zapewnia większości przeglądarka internetowa. Dlatego też nie wyobrażam sobie używania Internet Explorera. Jeśli chcemy bezpiecznie poruszać się po stronach WWW wypadałoby znaleźć coś, co lepiej chroni użytkowników. Wtedy nawet strony z crackami czy pornografią przestają być straszne, bo ewentualne szkodniki wycelowane są w użytkowników IE.

Reszta to już standardowe i oklepane zasady jak nigdy nie otwieraj załącznika do wiadomości pocztowej jeśli nie wiesz od kogo przyszedł.

To teraz wszystko to krócej w kilku punktach. Jak żyć bezpiecznie bez dodatkowego oprogramowania ochronnego w Windows:

  1. Wybierz Windows XP lub Vista.
  2. Upewnij się, że systemowy firewall jest włączony.
  3. Używaj którejś z alternatywnych przeglądarek.
  4. Zawsze aktualizuj system i oprogramowanie (Automatyczne aktualizacje w Windows to nie jest głupia rzecz).

I tyle. Dla mnie wystarcza w zupełności. Nie oglądam się specjalnie za bezpieczeństwem (kiedyś było całkowicie odwrotnie), ale powyższe cztery punkty sprawdzają się u mnie (i siostry) wyśmienicie. A jeśli już nie jestem pewien, czy mogę otworzyć jakiś podejrzany plik (ostatnio chyba pięć miesięcy temu) – posługuję się skanerami online. Antywirusy i tak najczęściej zawodzą, bo jeśli już trafi się nam coś poważnego, to nie uratuje nas nic poza formatem.

I teraz, w końcu, jestem w stanie przyznać rację wszystkim wietrzącym teorie spiskowe wokół producentów oprogramowania ochronnego. To wszystko marketing, bo tych, którzy faktycznie potrzebują czegoś takiego, jest niewielu. I oni najczęściej mają całkowitą świadomość, że bez dodatkowej ochrony się nie obejdzie.

Koralina od kuchni

Prozę Neila Gaimana poznałem dopiero po obejrzeniu genialnego Stardust. I poznałem w dość niewielkiej ilości, bo na razie na mojej półce z książkami pojawiła się tylko ta jedna pozycja. To za mało, żeby oceniać styl czy warsztat (bo Stardust mimo wszystko jest krótki), ale wystarczająco, żeby zainteresować się innymi dziełami. Tym bardziej, że znam jedną wyznawczynię i przynajmniej jednego oddanego fana twórczości Gaimana.

Wygląda na to, że autor przyciąga do siebie raczej ludzi znających się na rzeczy. Jak pisałem, wersja filmowa Stardust pochłonęła mnie bez reszty. W fazie produkcji jest kolejna adaptacja – tym razem Coraline. I – co najciekawsze – nie będzie to zwykły film, a animacja poklatkowa z wykorzystaniem jakiegoś śmiesznego gumowo-plastelinowego materiału. ;)

Od razu skojarzył mi się Neverhood (a tę grę wielbię do dzisiaj), więc na Coraline (w Polsce film ma tytuł Koralina i tajemnicze drzwi) do kina się wybiorę, a tymczasem w sieci pojawiło się kilka filmików zza kulis. Pamiętam jak fajnie mi się oglądało fazy produkcji Neverhooda…

Tomb Raider: Underworld

Tomb Raider: Underworld - screen

Pamiętam, że pierwszym Tomb Raiderem, który widziałem był ten z numerem trzy. Pamiętam również, że wtedy zniechęciłem się do serii całkowicie, bo od samego początku nie wiedziałem w którą stronę iść i co robić. Dlatego też kolejne przygody Lary Croft niewiele mnie obchodziły, aż – całkiem niedawno – postanowiono odświeżyć serię wydając rocznicowe Anniversary.

To była pierwsza część, która faktycznie przypadła mi do gustu. Była niesamowicie klimatyczna, miała fajną – podkreślającą klimat – muzykę i… to był Tomb Raider pełną gębą. Bieganie, skakanie, skradanie się i – w końcu – wielki finał z odrobiną fantastyki. Tak widziałem tę serię i taka dla mnie powinna zostać.

Szybko okazało się, że Anniversary spodobało się nie tylko mi i wypada stworzyć jakąś kontynuację. Tę nazwano Underworld i karmiono nas informacjami, artami i filmikami z gry na długo przed premierą. Z założenia miało być trochę inaczej – znacznie mroczniej.

Nie wyszło. To dalej do bólu standardowy Tomb Raider. Naprawdę bardzo dobry Tomb Raider, jednak Anniversary nie przebił. Bardzo dobra grafika, trochę słabsza muzyka, znów szukamy artefaktu i znów jest tak, jak zawsze w TR było. Dodatki w stylu kiepskiego motoru (tzn. kiepskiego pod względem fizyki prowadzenia), czy nadmiernej ilości magii całkowicie nie były potrzebne i tylko psują ogólne wrażenie. Jest majestatycznie, ciemniej (ale nie mroczniej), wszystko jest wielkie (ale jednocześnie mało realne) i ciekawe.

Jakby to podsumować? Po prostu: jest fajnie. Odrobinę za mocno to wszystko przerysowano, ale w dalszym ciągu gra się przyjemnie. I jedno tylko może dobić - bugi. A tych kilka w grze jest i w niektórych okolicznościach mogą nawet uniemożliwić ukończenie fabuły (tak, udało mi się do tego doprowadzić!). Hyh… czy teraz w ogóle wydaje się gry pozbawione błędów?