Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.
Pracuję nad pewnym projektem, który powinien zarabiać na siebie i do tego jeszcze na twórców. Zastanawiałem się więc ostatnio dlaczego potencjalny użytkownik decyduje się zapłacić za jakąś usługę sieciową. Doszedłem do wniosku, że najrozsądniejsza (i chyba dość oczywista odpowiedź) to – za dodatkowe możliwości.
Na swoim przykładzie – z sieci korzystam coraz mniej, coraz mniej pieniędzy poświęcam na dobrowolne wspieranie twórców (dotacje), bo moje potrzeby stają się coraz bardziej konkretne. Jeśli mam wybór – zapłacić za coś, co mi się przyda, lub dobrowolnie wesprzeć jakiś serwis – wybiorę to pierwsze. Ograniczają mnie fundusze, więc jeśli mam za coś płacić, chcę faktycznie za coś płacić.
Dlatego sądzę, że udostępnianie dodatkowych treści po niskich cenach to wybór znacznie lepszy niż zarabianie na reklamach czy pozostawienie wolnej woli użytkownikom – wiadomo – albo coś nam przeleją, albo nie.
I dlatego też bardzo podoba mi się ostatnie posunięcieLast.fm – wprowadzenie dodatkowej treści (radia) jako usługi płatnej za niewielką stawkę. Jeśli mam za coś płacić, chcę wiedzieć za co płacę – jeśli korzystam z radia, to dobry argument, żeby te kilka złotych rocznie na to poświęcić. Tak samo ma się sprawa z Flickr – dostęp do dodatkowej funkcjonalności kosztuje. I mi taka funkcjonalność jest potrzebna, dlatego ją kupuję (choć IMO Flickr troche przegina z cennikiem). I tyle byłoby mojego komentarza do tej sytuacji.
Przedstawiania mojej muzycznej biblioteki część druga (z trzech). Muszę powiedzieć, że nie łatwo jest napisać kilka słów o każdym wykonawcy. Bo muzykę się czuje, nie o niej pisze, prawda? ;) Nic to... próbujemy
Hans Zimmer
Soundtracki to coś, co uwielbiam. Tyle, że niewiele się tworzy muzyki, która nie jest dobra tylko w połączeniu z filmem, a porusza również podczas słuchania bez towarzyszącego obrazu. Hanz Zimmer to jeden z czołowych twórców muzyki filmowej. Jednak w jego twórczości zawsze mi czegoś brakowało. Wydawała się niepełna. Dlatego w mojej kolekcji mam zaledwie trzy albumy. Ścieżkę dźwiękową z The Last Samurai i do filmów z serii Pirates of the Caribbean. Ten pierwszy to faktycznie wyjątkowe dzieło, szczególnie dla fana japońskich dźwięków. Ścieżka do Piratów nie jest w całości tak dobra, jednak niektóre utwory przywodzą na myśl poszczególne sceny z filmu i da się wyczuć ten charakterystyczny piracki klimat. ;)
Harry Gregson-Williams
Kolejny twórca muzyki filmowej, którego wcześniej nie doceniałem. Miejsce w mojej bibliotece zdobył sobie ścieżką dźwiękową do Kingdom of Heaven. Posiadam trzypłytowy album (Recording Sessions) i ścieżkę dźwiękową do serii The Chronicles of Narnia. O ile Narnia ma dość nierówny poziom (soundtrack do części pierwszej zdecydowanie przewyższa ten z drugiej), tak Kingdom of Heaven to naprawdę wyjątkowo dobra muzyka.
Howard Shore
Jeśli miałbym wskazać kogoś, kto w obecnych czasach przypomina mi klasyków muzyki, wskazałbym właśnie Shore. Często mówi się, że dobra ścieżka dźwiękowa, to taka, której nie słychać, a która podkreśla klimat. W odniesieniu do soundtracka z The Lord of the Rings – bzdura.
Howard Shore stworzył soundtrack idealny. Jestem w posiadaniu wydań The Complete Recordings na których znajdują się naprawdę długie godziny wyjątkowej muzyki i za każdym razem gdy tego słucham dostaję gęsiej skórki. Zawsze podziwiam to, że autorom muzyki filmowej udaje się nadać ścieżce dźwiękowej charakterystyczny (dla danej serii) wydźwięk. Bo któż nie rozpozna tematu przewodniego z Star Wars, czy Indiana Jones? Nie dość, że Shore stworzył charakterystyczną muzykę dla całego filmu, to jeszcze zrobił to samo dla każdej z frakcji w filmie występujących. Szczególną sympatią darzę theme Rohanu, choć na płytach (a jest ich razem dziesięć) nie ma utworu, który nie wywoływałby emocji.
A wszystkim, którzy tak jak ja uwielbiają The Lord of the Rings polecam w tym roku udać się do Krakowa, gdzie zobaczyć będzie można film z muzyką wykonywaną na żywo, a potem wziąć udział w konferencji na której pojawi się sam Shore.
Interpol
Interpol to przede wszystkim bardzo charakterystyczny styl i głos wokalisty. I w sumie nie wiem co więcej można napisać. Wielkim fanem nie jestem, ale od czasu do czasu zwyczajnie mam ochotę posłuchać czegoś dokładnie w tym stylu.
John Williams
Kolejny z wielkiej trójki kompozytorów muzyki do filmów. Williams w mojej opinii jest dość nierówny. Czasem tworzy coś, co zapada w pamięć, ale na swoim koncie ma równie dużo przeciętniaków.
Polecić mógłbym przede wszystkim soundtrack do filmu Memoirs of a Geisha. Świetne tło w japońskim stylu (The Chairman's Waltz!). Do tego ścieżka dźwiękowa do serii filmów o Harrym Potterze. W sumie pierwsze dwa albumy to nic specjalnego (chociaż oczywiście Hedwigs Theme miodności odmówić nie sposób), za to muzyka do Prisoner of Azkaban to już majstersztyk. Williams przeszedł samego siebie w utworze A Window to the Past, stworzył wyjątkowo klimatyczny chór w Double Trouble czy porywające Buckbeak's Flight.
Julia Marcell
Julia Marcell zyskała sławę gdy próbowała (a w rezultacie się jej udało) wydać płytę przez serwis Sellaband. Tworzy bardzo muzycznie, kolorowo, z naciskiem na najdrobniejsze szczegóły, a jednocześnie dla końcowego odbiorcy bardzo lekko.
To zdecydowanie moja faworytka jeśli chodzi o odkrycia ostatniego roku, bo niewielu jest muzyków o których można powiedzieć, że mają konkretnie swój styl, którego się trzymają i z którym jest im dobrze.
Kate Nash
Rozczochrana ruda pani z temperamentem. :) Kate Nash uwielbiam. To, jak się zachowuje na scenie, jak śpiewa i o czym śpiewa, to jedyna w swoim rodzaju mieszanka, zdecydowanie nie do podrobienia. Powiedziałbym, że Nash jest po prostu wolna i tę wolność wyraża w muzyce. (A takie Nicest Thing uważam za jedną z najlepszych piosenek o miłości, o!)
Na fabchannel był zapis z fajnego koncertu, ale że serwis padł… szkoda.
Kosheen
Kosheen to muzyka bardziej elektroniczna, choć w całej tej swojej elektroniczności dalej wyjątkowo muzyczna. Zespół ma bardzo charakterystyczny styl, który utrzymuje na wszystkich trzech albumach i wyjątkowe Empty Skies na pierwszym z nich. ;)
Lisa Germano
Cichy styl, osobiste teksty, dużo zabawy instrumentami i czasem zwykłe zawodzenie do mikrofonu. ;) I tak przez sześć albumów. Nie wiem co w twórczości Lisy Germano widzę, ale widać coś w sobie ma. Na jej ślad wpadłem po fantastycznym From a Shell, który znalazł się na płycie z soundtrackiem do filmu Underworld.
Marco Beltrami
A skoro już o Underworld mowa, to Marco Beltrami jest twórcą ścieżki dźwiękowej do filmu. Kto widział film, wie jakiego klimatu się spodziewać.
Massive Attack
Ten zespół to zdecydowanie charakterystyczna muzyka. Pierwsze trzy albumy to istna mieszanka dźwięków i styli z zachowaniem takiej… lekkości. Nie rozumiem tylko czym miał być album 100th Window, który jest całkowicie inny od tych wcześniejszych i gdybym nie wiedział czyj jest, w życiu nie wskazałbym Massive Attack właśnie. Nie jest słaby, ale to już całkowicie inny styl.
múm
Islandzka muzyka najczęściej jest cholernie klimatyczna. A zespoły takie jak múm podkreślają tę islandzką inność. Utwory to przede wszystkim muzyka eksperymentalna z różnorodnymi dźwiękami i mnogością tradycyjnych instrumentów. Miejscami podobne do Sigur Rós, a jednak w szczegółach całkowicie inne.
Muse
W muzyce uwielbiam charakterystyczne dla danego zespołu elementy. Takie, które pozwalają bez chwili zastanowienia podać wykonawcę po usłyszeniu fragmentu utworu. Muse ma swój styl zarówno samej muzyki (zaznajomieni z kolejnymi albumami wiedzą na przykład jak wyglądają pierwsze utwory na każdym z nich), jak i genialnego wokalistę, którego głos idealnie wpasowuje się w całą koncepcję. Zespół tworzy bardzo intensywną muzykę, ciężko jej słuchać jako tło, bo zawsze wybija się na pierwszy plan. (I te genialne Knights of Cydonia z ostatniego albumu!) :D
Pamiętacie jeszcze mój ambitny projekt Another Tree Studio? Pewnie niekoniecznie. Ja też dość szybko zapomniałem. I – w sumie – nie żałuję. Teraz, zamiast tworzyć interfejsy pewnie siedziałbym nad koordynacją projektów i włażeniem w dupę klientom. ;) Wtedy też nie byłem do tego całkowicie przekonany, dlatego jedyną informacją była ta zostawiona na blogu. Nie nagłaśniałem sprawy, myśląc, że jeśli faktycznie coś takiego jest mi pisane, to i tak znajdą się chętni. Fakt, kilku było, jednak w rezultacie nie zdecydowałem się na rozpędzenie Another Tree. I chwała Eru za to! ;)
Tak, jak piszę – wolę zostać przy designie czy kodowaniu niż koordynacji. Może nie do końca, bo w prywatnych projektach nikt mnie w tym nie wyręczy. Ale i to jest dobre – bo nie można się ograniczać ściśle do swojej dziedziny – raz, że się może szybko znudzić, dwa, że rozszerzanie swoich umiejętności na dziedziny pokrewne może wpłynąć na naszą pracę tylko pozytywnie.
Tak czy inaczej, ktoś jednak zdecydował się coś podobnego stworzyć. Artur Kurasiński na swoim blogu opisał początki podobnej grupy zwącej się dumnie PewnąGrupą. ;)
Wypali? IMO wypali. Przede wszystkim mają dużo lepszy start niż Another Tree. Mają profesjonalistów, mają już klientów i mają pracowników. Do tego mają założycieli, którzy są do projektu całkowicie przekonani. Jedyny błąd jaki popełnili, to przedwczesny start. Od strony zasobów ludzkich pewnie są przygotowani idealnie, jednak patrząc od strony potencjalnego klienta – jest kiepsko. Bo główną wizytówką w tej chwili jest strona internetowa. A stronę internetową mają marną. Tak, wiem, że to tylko tymczasowy zapychacz, jednak to jeden z podstawowych błędów popełnianych przez założycieli organizacji każdego typu.
O co chodzi? Ano chodzi o te osławione pierwsze wrażenie. Ogłoszono istnienie PewnejGrupy. Wiadomość rozeszła się po sieci, kilka serwisów napisało, kilka innych wspomniało, dotarło to do pewnej grupy klientów, którzy weszli na stronę, sprawdzili co i jak i… uciekli. Wrócą? Nie wrócą, a przynajmniej nie celowo. Początek istnienia nowego przedsięwzięcia musi być idealny. Trzeba wykorzystać moment w którym jeszcze niewiele o nowości wiadomo. Trzeba wykorzystać to, że się o nas mówi, pisze i przekazuje informacje dalej. To najlepszy moment na zajęcie dobrej pozycji na rynku.
Niewykorzystanie tak dobrej darmowej reklamy to IMO zbrodnia i łamanie podstawowych zasad jakiegokolwiek działania na rynku (marketingu). A niestety, PewnaGrupa popełniła właśnie taki błąd. Bo klienta nie obchodzi zaplecze firmy. On widzi to, co damy mu zobaczyć – pojedynczy element, którym (w tym wypadku) jest strona WWW. Taki klient nie zapisze sobie na karteczce informacji: sprawdzić za pół roku, może będzie lepiej. Wejdzie, pomyśli, że organizacja zajmująca się tworzeniem na potrzeby sieci nie umie zadbać sama o siebie, zapomni.
W marketingu mówi się, że nie ważne kto lepszy w danym segmencie rynku, ale kto pierwszy. Trochę w tym racji jest, jak dla mni jednak ta zasada traci na znaczeniu. Bo odkrywamy tysiące możliwości którymi można się wyróżnić i przebić nawet najstabilniejszego gracza na rynku. Google swoim wizerunkiem skutecznie podkopuje Microsoft, Netia robi to samo (choć dużo wolniej) z TP, a znajdzie się jeszcze dziesiątki lepszych przykładów, nie tylko z branży IT.
Dlatego – moim zdaniem – jedynym słusznym modelem startu na rynku jest rozpoczęcie działalności po uprzednim przygotowaniu i dopięciu wszystkiego na ostatni guzik. I wtedy wykorzystujemy maksymalnie to, co daje nam efekt pierwszego wrażenia. Jeśli w przeciągu kilku najbliższych miesięcy nie znajdzie się konkurencja dla PewnejGrupy – mają jak najlepsze szanse stać się liderem swojego segmentu. Jeśli jednak pojawi się ktoś z równie bogatą ofertą, PewnaGrupa stanie się tylko jednym z.
Czy sam bym przystąpił do takiego projektu? Jako freelance - dlaczego by nie. Oczywiście, jeśli stawki nie będą odbiegały w znaczny sposób od tych, które otrzymuję od klientów pozyskanych bez pośredników. I, oczywiście, jeśli praca taka nie przypominałaby za bardzo tej znanej z typowych agencji (terminy, bałagan, brak swobody, narzucanie rozwiązań) - bo wtedy to co mi za różnica?
Last.fm podoba mi się coraz mniej, więc postanowiłem na blogu napisać co nieco o muzyce. A muzykę uwielbiam i nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek przestanie mieć na mnie wpływ. Odpowiednia dawka odpowiedniej muzyki jest w stanie zmienić całkowicie moje nastawienie, humor i pozwala poniekąd kontrolować siebie.
To nie jest blog muzyczny, dlatego notek tego typu nie będzie wiele i do tego nie będą pojawiać się często. Zamierzam zwyczajnie opisać pokrótce twórczość wykonawców, którzy zdobyli trwałe miejsce w mojej kolekcji. Z braku lepszego podziału (bo kategoryzować nie lubię) będzie alfabetycznie.
A Perfect Circle
Poetyckie teksty, ilustrowane ciekawą muzyką. Tak bym podsumował twórczość APC. Skład to w większości same sławy kojarzone z takimi zespołami jak Tool, Nine Inch Nails, The Smashing Pumpkins czy osobą Marilyn Mansona. Z tego musiało powstać coś… innego. Pierwsze dwie, w pełni autorskie, płyty to solidna dawka dobrej muzycznej mieszanki, kolejne dwie to album z remiksami (wyjątkowo dobrymi dodajmy) i album z coverami (który wyszedł również idealnie). A Perfect Circle przestało istnieć kiedy członkowie wrócili do swoich macierzystych zespołów, jednak w tej chwili podobno mają w planach wydanie kilku pojedynczych utworów (najprawdopodobniej przez Internet). Szkoda, bo chętnie usłyszałbym coś nowego.
Andy McKee
McKee wydał cztery albumy z gitarowymi solówkami. Powiedziałbym, że są po prostu przyjemne do słuchania (czasem nawet bardzo – jak w przypadku coveru Venus as a Girl czy utworu Africa). Dla mnie stanowią idealne tło do pracy. Jeśli już coś koduję, to McKee w tle pozwala mi się bardziej skupić na pracy.
Anja Garbarek
Twórczość Anji Garbarek to przede wszystkim zabawa muzyką. Powiedziałbym, że to takie połączenie Björk z Mansonem. Znajdzie się też kilka bardziej unormowanych utworów, jednak przeważająca większość to raczej zabawa dźwiękami i eksperymenty muzyczne.
Björk
Klasyka, prawda? Björk cenię przede wszystkim za te bardziej muzyczne utwory niż te, w których eksperymentuje z dźwiękami. Do ulubionych albumów zaliczyłbym więc Post, Homogenic, Vespertine i oczywiście Medúlla. Do tego duety z Volty. Z Björk jest tak, że albo jej twórczość się lubi, albo się nie cierpi. Znam wiele osób, które po kilku minutach nie dają rady słuchać dalej, bo się wydziera, bo muzyka bez rytmu, bo to w ogóle jest muzyka? ;)
Clann Zú
Clann Zú to dla mnie taki powiew świeżości. Połączenie wielu styli muzycznych - jak folk (miejscami kojarzący mi się z perskimi rytmami) z cięższym brzmieniem, czy muzyką elektroniczną doprawione genialnym głosem wokalisty – Declana de Barra. To się podobno szufladkuje jako neofolk, jednak jakiekolwiek kategoryzowanie utworów Clann Zú chyba mija się z celem. Zdecydowanie nie dla każdego, zdecydowanie klimatyczne i ze zdecydowanie dobrymi tekstami (treści polityczne included).
Coldplay
Z Coldplay jest dość dziwnie. Część piosenek wyjątkowo przypadła mi do gustu, zaś od słuchania drugiej części więdną uszy (na przykład A Whisper). Myślałem, że zespół po kiepskim albumie X&Y już się nie podniesie, jednak najnowsze wydawnictwo – Viva La Vida or Death and All His Friends wyszło dużo lepiej (jako cały album wydaje mi się najlepszy z całego dorobku zespołu).
Dave Matthews Band
Dave Matthews (zarówno sam jak i z zespołem) to u mnie absolutny geniusz. Tego mogę słuchać zawsze, wszędzie i w każdej ilości. Zawsze mnie pozytywnie nastraja, zawsze brzmi tak samo dobrze. Improwizacja w muzyce, świetne teksty i (miejscami jazzowo-bluesowy) klimat, który udaje się zachować na każdej płycie. A płyt jest sporo, co mi niezmiernie pasuje, bo moja ośmioalbumowa kolekcja zapewnia naprawdę długie godziny przy świetnej muzyce.
Declan de Barra
Ten pan to główny wokalista opisywanego wyżej Clann Zú. Nagrał dwie solowe płyty (z czego pierwszej za nic nie mogę dostać). Utwory bardzo oszczędne w formie, często tylko teksty ilustrowane pojedynczymi instrumentami. Dość osobiste, bardzo dobre muzycznie i na długo zapadające w pamięć.
Deftones
Cięższe brzmienie i dla mnie idealny styl. Lubię tę „niedbałość” w wykonaniach i gdy mam ochotę na coś mocniejszego niż większa część mojej muzycznej kolekcji, sięgam właśnie po albumy Deftones.
Efterklang
Efterklang szufladkuje się chyba jako post-rock. Tak czy inaczej zespół prezentuje naprawdę ciekawą formę muzyki. Pierwsze dwa albumy to raczej spokojniejszy, bardziej melancholijny rytm. Kolejne dwie to już żywiołowa, miejscami podniosła sceneria z udziałem instrumentów dętych.
Emiliana Torrini
Twórczość Emiliany poznałem dzięki soundtrackowi z The Lord of the Rings: The Two Towers, gdzie użyczyła głosu w utworze końcowym. Posiadam jej cztery albumy, z czego pierwsze trzy po prostu uwielbiam. Mnóstwo instrumentów, przyjazny wydźwięk i delikatny głos samej wokalistki. Coś cudownego – to najbardziej wiosenna muzyka jaką kiedykolwiek słyszałem (Summerbreeze czy Sunny Road). Ostatni, najnowszy, album nie przypadł mi już tak do gustu. Za mało muzyczny, zbyt popowy. I choć jest na nim kilka utworów, które wpadają w ucho, to już nie to samo.
Poza tym Emiliana genialnie zachowuje się na scenie. Widać, że na każdym kroku czuje to, o czym śpiewa. A, że w tym roku wystąpi na Heineken Open’er Festival… nic tylko jechać i zobaczyć. ;)
Émilie Simon
Francuskiego nie lubię i nigdy nie sądziłem, że polubię piosenki śpiewane w tym języku. Émilie Simon zdecydowanie zmieniła moje zdanie. Bawi się muzyką podobnie jak Björk czy Anja Garbarek, zachowując jednak rytm. W dodatku Simon jest twórczynią soundtracku do filmu Marsz Pingwinów, który brzmi naprawdę dobrze (choć filmu jeszcze nie widziałem).
Giant Sand
W tym przypadku podobają mi się raptem cztery albumy (a dorobek zespołu jest dużo większy). Giant Sand to styl "niedbałej muzyki" – naturalnej, z lekkim wydźwiękiem country. Wokalista ma świetny głos i to właśnie on stanowi główną część większości utworów. Zdecydowanie warto się zapoznać, choć jeśli miałbym coś doradzać, to proponuję zacząć od najnowszych albumów.
Gjallarhorn
Folk w najlepszym wydaniu, z mnóstwem instrumentów (często takich, o których istnieniu nie miałem pojęcia), świetnym głosem wokalistki i różnorodnością w każdym utworze. To, co wyróżnia Gjallarhorn, to nowocześniejszy (niż w przypadku sztandarowych folkowych zespołów) styl.