Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.
Ostatnio spędzałem dłuższy (niż zwykle) okres bez komputera, ale z iPhonem, więc i z Internetem w kieszeni (WiFi w zasięgu oczywiście). Przeglądałem tylko kilka podstawowych stron dla zabicia czasu i zostałem cholernie zaskoczony, że spora część z nich oferuje wersje mobilną!
I tak, na mojej liście stron-zabijaczy czasu był Twitter, Facebook (z dość ubogą funkcjonalnie stroną mobilną), deviantART (genialnie dostosowuje się do iPhone), Google Reader (wygląda i zachowuje się lepiej niż wersja standardowa) i Flickr.
Taka lekka wersja to sama przyjemność korzystania. Ba! Często strony tworzone dla urządzeń przenośnych wyglądają lepiej niż wersje pełne. Trend tworzenia wersji dostosowanej do urządzeń przenośnych pewnie istnieje już jakiś czas, ale wcześniej nie miałem okazji sprawdzić na własnej skórze jakie to daje możliwości i jak ułatwia przeglądanie zasobów za pomocą mniejszych urządzeń.
Jednocześnie po przejrzeniu kilku stron oferujących taką funkcjonalność naturalne było sprawdzenie głównej Joggera, czy Wikipedii, gdzie wersji mobilnej już nie ma. Od razu da się to zauważyć i taki brak zaczyna doskwierać.
Postanowiłem więc, że od dziś wszystkie moje projekty będą oferowały możliwość przeglądania ich zasobów przez stronę dla urządzeń przenośnych. Od bloga zaczynając, na komercyjnych projektach kończąc (o ile zleceniodawca się zgodzi, nawet bez obciążania go kosztami). To po prostu jest zbyt wygodne, żeby czekać aż spopularyzuje się samo.
(Blog już jest jako-tako dostosowany (chociaż nie rozgryzłem jeszcze wszystkich dziwactw Safari), choć pełną funkcjonalność osiągnie dopiero, gdy zdecyduję się przepisać kod na nowo.)
Właściwie pierwszych dwóch tomów cyklu autorstwa Scotta Lyncha, czyli kolejno Kłamstwa Locke’a Lamory (The Lies of Locke Lamora) i Na szkarłatnych morzach (Red Seas Under Red Skies), które wydane zostały w Polsce nakładem wydawnictwa MAG.
I od razu powiem, że cały cykl znajdzie się u mnie na półce, bo pierwsze dwie części to najlepsze powieści jakie ostatnio czytałem. Całość opowiada o złodziejach, którzy działają w wykreowanym przez Lyncha świecie. Mamy więc planetę z dwoma księżycami, niejasną przeszłością i dziwnymi obyczajami, mamy też bohaterów o genialnie zarysowanych charakterach. Nie jest to jednak typowe fantasy – elementy tegoż występują, ale gdzieś w tle i dowiadujemy się o nich poniekąd przy okazji. Dostajemy informacje niezbędne do zrozumienia pewnych elementów, ale nie w bezpośredni sposób (jak to się często robi w powieściach fantasy, gdzie to wykreowany świat wychodzi na pierwszy plan).
Jeśli chodzi o fabułę, to mamy do czynienia ze złodziejami z całą tego konsekwencją. W części pierwszej poznamy więc życie miasta od podszewki. Gangi, korupcja, wielkie przekręty, drobne kradzieże – to wszystko książkowa codzienność. Drugi tom przenosi nas do bogatszego miasta, gdzie drobne kradzieże się już nie liczą. Główni bohaterowie dostali w kość i teraz starają się wrócić do interesu, przez co mieszają się w zawiłą polityczną intrygę, by trafić na morze i żyć jak na prawdziwego pirata przystało.
Co w stylu Lyncha mi się spodobało? To, że nie próbuje na siłę udowodnić, że nic się nie stanie, żeby za chwilę nas czymś "zaskoczyć". Wszyscy wiedzą, że coś się stanie, jednak siłą powieści jest to, że do końca nie wiemy konkretnie co, bo kłamstw jest tu więcej niż w kilku opasłych tomach wybranej opowieści (byle faktycznie było ich tam mniej, bo inaczej to piękne porównanie można o kant dupy potłuc). I ta nieprzewidywalność jest właśnie podstawą cyklu o Niecnych Dżentelmenach. Żadne z moich przewidywań się nie sprawdziło, a z reguły bez problemu udaje mi się zgadnąć co będzie dalej.
Jest też ironia! Mnóstwo świetnie dobranej i wyważonej ironii. Uwielbiam ironię! Do tego mój ulubiony rodzaj humoru – dowcip sytuacyjny, który bawi dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Lynch nie sili się na to, żeby być śmiesznym, a po prostu ułatwia nam dostrzeżenie absurdu niektórych sytuacji.
Odkupiciel poślizgnął się i upadł na wznak. Locke – spokojny i zrezygnowany – zatopił mu szablę w piersi i wyrwał włócznię z nieruchomiejących rąk. – Alkohol zabija – mruknął.
A gdy bohaterowie grają podwójnych szpiegów… właściwie potrójnych… cholera wie i tak w ostateczności działają tylko na własną korzyść. Tak czy inaczej, jak się udaje osobę, udającą osobę, która udaje osobę o całkiem innym imieniu, której imienia w dodatku nie znamy, to szybko okazuje się, że absurdalnych sytuacji nie brakuje.
Szczerze polecam. To dobre połączenie lekkiej książki szpiegowskiej, z klimatem Piratów z Karaibów, doprawionych elementami fantasy, które tylko wzmagają ciekawość. Nie mogę się doczekać kolejnych części, a często mi się to nie zdarza, co chyba jest wystarczająco dobrą rekomendacją. Szkoda tylko, że MAG nie zadbał o trochę lepszy papier (bo okładki mamy dużo ładniejsze i dużo bardziej pasujące do treści niż wydania zagraniczne).
Na stronie autora można przeczytać epilog części pierwszej w oryginale. Do tego (podobno) studio Warner Bros. wykupiło prawa do ekranizacji pierwszej części. O, jak ja błagam, niech tego nie spieprzą!
Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, że jedynymi przedmiotami, z zaliczeniem których miałem problem w tym semestrze, były te ściśle związane z IT. Przedmiot o wdzięcznej nazwie Technologie informacyjne to nic innego jak troszkę bardziej rozbudowane podstawy obsługi komputera. Mamy tu więc do czynienia z szyfrowaniem, podpisem elektronicznym, rodzajami sieci, budową komputera i rodzajami urządzeń mobilnych. W sumie wszystko to, co każdy mający jakieś pojęcie o świecie IT, lub czytający co jakiś czas serwisy zajmujące się tą tematyką, ma w małym palcu. Mam i ja… a przynajmniej wydawało mi się, że mam, bo przedmiot ledwie udało mi się zaliczyć za drugim razem. I ciągle nie mogę wyjść z podziwu dla prowadzącego zajęcia, że udało mu się w ten sposób obrać większą część roku. Ba! Studiujący na trzecim roku informatyki (jako drugi kierunek) też mieli problem. :D No, ale… w końcu się udało, prawda?
Za to kompletnie nie udało się z przedmiotem, który w sumie w trzech wyrazach opisuje to, czym zajmuję się od przynajmniej trzech lat – Internet w biznesie. I tutaj już mamy do czynienia z tworzeniem stron internetowych (w teoretycznym aspekcie), metodach zabezpieczania komputerów, kluczach, podpisach, reklamie i internetowym marketingu. Dla kogoś, kto się tym zawodowo zajmuje i do tego dostaje za to całkiem nie najgorsze pieniądze, przedmiot-marzenie, prawda? Guzik! Poprawka we wrześniu, mimo tego, że pisałem zaliczenie dwa razy. Nie rusza mnie to ani trochę, za to cholernie bawi. :D No bo to by znaczyło, że ze mnie dupa, nie developer, a o internetowym marketingu mam pojęcie znikome, nie? Zastanawiam się nad zmianą zawodu… chyba pójdę w stronę meblarstwa. A może projektowanie wnętrz?
Wśród komunikatorów dostępnych na Windows, w moim przekonaniu, najlepszym wydaje się być Miranda IM. Wśród zalet na pewno można wymienić niskie zużycie zasobów, czy coś, czym Miranda po prostu miażdży konkurencję – konfigurowalność.
Sam główny program stanowi swego rodzaju pień drzewa, jest tylko ośrodkiem dostarczającym odpowiednie narzędzia do gałęzi i zapewniającym łączność pomiędzy nimi. I – tak jak sam pień nie czyni drzewa, tak sama główna aplikacja nie ma sensu istnienia bez odpowiednich rozszerzeń. Gałęziami dla Mirandy są pluginy (wtyczki). I to właśnie wtyczki zapewniają programowi każdą pojedynczą funkcjonalność – od możliwości połączenia się z siecią Gadu-Gadu, przez wyświetlanie listy kontaktów, aż do obsługi animowanych emotikon w oknie rozmowy. Wszystkie takie pojedyncze funkcje zapewniają właśnie wtyczki.
Tak bogata możliwość rozbudowy głównego programu niesie ze sobą niestety też jedną potężną wadę – skomplikowaną konfigurację. Pierwsze zetknięcie z programem do miłych niestety nie należy. Choć autorzy próbują coś tam robić w tej sprawie, tak program przed konfiguracją nie jest przyjazny dla użytkownika praktycznie w żadnej kwestii i nie ma co mówić, że jest inaczej.
Postaram się napisać coś w rodzaju poradnika dla osób chcących zapoznać się z Mirandą i pomóc im przejść przez pierwszą konfigurację tak, aby po wykonaniu wszystkich zaleceń dało się z programem wygodnie pracować.