second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Muzycznie zza Bramy #1

Od zamknięcia alfabetycznego spisu mojej biblioteki muzycznej pojawiło się w niej kilka nowych pozycji o których warto wspomnieć. Powoli wracam do muzyki, której słuchałem kiedyś. Na razie będzie to The Offspring, potem zamierzam odświeżyć swoją znajomość z Metallica, soundtrackiem z Matrixa, Linkin Park, Limp Bizkit a może i Evanescence. Tak, tego kiedyś słuchałem.

Roznoszę też po świecie informację, że Declan de Barra udostępnił za darmo pierwszą ze swoich wydanych płyt. Warto zaznaczyć, że informację podał na Facebooku.

65daysofstatic

65daysofstatic to mocniejsza muzyka instrumentalna. Z rodzaju tych, które dodają energii (fajnie się sprawdza podczas joggingu i jazdy rowerem). Dopracowane utwory i zdecydowanie brak monotonii na płytach.

Gregor Samsa

Zespół podpada pod kategorię post-rock, jednak trochę się na tym polu wyróżnia, powiedziałbym, że w stronę instrumentalną. Ciekawe brzmienie, miejscami podobne do Sigur Rós (pewnie przez głos wokalisty) i kawał dobrego post-rock dla miłośników.

Ilan Eshkeri

Nie wiem dlaczego po obejrzeniu Stardust nie przyszło mi do głowy posłuchać co ma do zaoferowania sam soundtrack (film mnie tak wciągnął, że muzyce nie miałem jak się przysłuchać). Na szczęście swego czasu zostałem przywołany do porządku (choć nie było łatwo zgadnąć co gra w nie-moich słuchawkach) ;) i stwierdzam, że soundtrack działa równie dobrze jak film, szczególnie jak się ma w głowie konkretne sceny.

Iron & Wine

Dobra, jakim cudem wcześniej o Samuelu Beamie (który skrywa się pod pseudonimem Iron & Wine) nie słyszałem? Wszystkie jego kompozycje są pełne klimatu, sprawiają wrażenie bardzo osobistych, wprawiających w nastrój idealny do przemyśleń wszelkiego rodzaju. Na smutki też dobre. :) A już szczególnie mi przypadł do gustu album nagrany we współpracy z Calexico – mistrzostwo (He Lays in the Reins bije wszystko na głowę).

Orba Squara

Orba Squara to pseudonim artystyczny Mitcha Davisa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego utwory wpadły wam już w ucho, ponieważ nagrania z pierwszego (i jedynego do tej pory) albumu (poza jednym) były wykorzystywane w różnych projektach, filmach i reklamach (ot choćby pamiętne reklamy iPhone).

Puscifer

Maynard James Keenan, kojarzymy? Fani pewnie tak, reszta nie koniecznie. Za to projekty w których brał udział pewnie już tak. Tool czy A Perfect Circle. Puscifer to właśnie Keenan, który postanowił stworzyć coś samemu. I wyszło mu całkiem nieźle. To bardziej elektroniczne brzmienie, choć stylu nie zatracił i wyraźnie widać wpływ zespołów, których był/jest członkiem.

Seabear

Znów Islandia i znów post-rock, choć powiedziałbym, że melodycznie ma coś w sobie z Iron & Wine. Przede wszystkim całość jest utrzymana w wesołej tonacji, jest lekka i pozwala odpocząć, więc to zdecydowanie nie typowy przedstawiciel gatunku.

Stafrænn Hákon

Byłem w stanie złowić tylko jeden album, ale mam ochotę na więcej. Tym razem pełno twórców ukrywających się pod pseudonimami i w przypadku nie jest inaczej, ponieważ to pseudonim Ólafura Josephssona. Ten posiada swoje domowe studio w którym zdołał nagrać już pięć pełnych albumów i kilka EPek.

The Album Leaf

W mojej bibliotece muzycznej to zdecydowanie czas post-rock’a. Za The Album Leaf stoi Jimmy LaValle, który współpracował z kilkoma czołowymi przedstawicielami tego gatunku (Sigur Rós na przykład). Zespół oczywiście rozrósł się w miarę czasu i dziś nie jest już solowym projektem.

The Offspring

Tak, jak pisałem we wstępie, naszła mnie ochota na odświeżenie znajomości z zespołami, które kiedyś dominowały w moich słuchawkach. The Offspring to jeden z nich, chyba dość dobrze znany, w końcu to czołowi przedstawiciele punk rocka. Po tych kilku latach brzmią tak samo dobrze jak kiedyś, więc nie miałem serca po przesłuchaniu nie dodać ich do kolekcji. ;) A i tak wolę starsze albumy (do Americany).

This Will Destroy You

Ekhm… tak, znowu post-rock. :P Tym razem z Ameryki i znów bardzo dobry.

Tool

Zarażenie się Toolem dla fana A Perfect Circle to podobno tylko kwestia czasu. Nie wiem jak w przypadku reszty, ale w moim się sprawdza. Na początku (czyli etap pierwszej fascynacji APC) nie widziałem w tym nic specjalnego, dopiero dużo później zacząłem doceniać aranżacje.

Mesita

Mesita to pseudonim 21-letniego Amerykanina, który w pojedynkę nagrał pełny album i ostatnio EPkę. Co fajne, tworzy u siebie, bez kontraktów i zobowiązań wobec wydawnictw. Utwory są utrzymane w ciekawej, chaotycznej, konwencji.

Autor udostępnił pierwszy album do pobrania za darmo, więc proponuję samemu przekonać się jak dużo można, kiedy się chce. A za polecenie Mesita dzięki wielkie Mikelo.

Co po filmach poklatkowych?

Niewątpliwie od jakiegoś czasu mamy modę na filmy robione metodą zdjęć poklatowych. Ustawia się aparat fotograficzny w miarę nieruchomo i robi zdjęcia ruszającym się przedmiotom. Na koniec wszystkie zdjęcia wyświetla się jedno po drugim, co oczywiście jest poniekąd definicją filmu. To, co wyróżnia taki styl, to widoczne przeskoki między kolejnymi klatkami, jednak całość wygląda dużo lepiej niż mogłoby się wydawać i zdecydowanie ma coś w sobie.

Drugi sposób robieni a filmów tą metodą, to przesuwanie przedmiotów, które filmujemy, co później, po połączeniu zdjęć w film, sprawia wrażenie, że nagrywane rzeczy poruszały się same.

W ten sposób tworzą amatorzy, pasjonaci jak i wielkie agencje reklamowe. Co zadecydowało o popularności tej metody? Pewnie dostęp do cyfrowych aparatów fotograficznych, które są już prawie standardem w wielu domach (i pewnie dlatego sam jeszcze żadnego nie posiadam…). Te potrafią robić zdjęcia w dużych rozdzielczościach, dzięki czemu nie jest problemem zmontowanie ze zdjęć filmu HD, bogatego w szczegóły (odpowiednio dobre kamery kosztują znacznie drożej). Do tego możliwość manipulowania przedmiotami w taki sposób, aby sprawiać wrażenie, że poruszają się bez ingerencji autora daje w rezultacie bardzo ciekawy efekt.

Tyle, że ta moda nie może trwać wiecznie. Kolejnym etapem może być kręcenie standardowych filmów z wykorzystaniem aparatów cyfrowych (zamiast kamery). Do tej pory funkcja nagrywania filmów w tych urządzeniach była raczej dodatkiem, najczęściej marnej jakości. Powoli się to zmienia i nawet tańsze modele aparatów potrafią nagrywać dobrej jakości filmy. Wydaje się, że Canon może zapoczątkować modę na nowy styl, który znów przez jakiś czas będzie dominował w mediach.

Tak, to wszystko zostało nakręcone przy użyciu aparatu fotograficznego. Postęp technologiczny jest ogromny. Do tego stopnia, że sam aparat dorobił się przystawek ułatwiających operowanie nim jak kamerą.

Wiadomo – konkurencja nie będzie chciała zostać w tyle, dlatego wydaje mi się, że szybko możemy spodziewać się rozwoju funkcji nagrywania filmów w aparatach. Zaczynając od tych z górnej półki oczywiście, by dotrzeć do popularniejszych modeli i w końcu kompaktów. Biorąc pod uwagę postęp technologii stanie się to dużo szybciej niż się może pozornie wydawać. Strzelam, że za trzy lata będzie można kupić aparat ze średniej klasy cenowej robiący filmy nie gorsze niż kamery cyfrowe. Brzmi zachęcająco, prawda?

Miranda IM: Podstawowa konfiguracja (Część 2)

W pierwszej części przebrnęliśmy przez konfigurację kilku podstawowych elementów Mirandy (i teraz dużo łatwiej orientujemy się w świecie tysiąca pluginów, skinów i niewygodnej konfiguracji), jednak sporo pracy jeszcze przed nami. W końcu tę mnogość dostępnych pluginów trzeba jakoś wykorzystać. ;)

Jako freelance iść do przodu

Jako freelance pracuję już ponad dwa lata. Zaczynałem od kodowania, potem przeszedłem na design, choć oczywiście na koniec i tak wyszło, że łączę jedno z drugim, czyli po prostu ‘robię strony’. Bez trudności mógłbym utrzymać się z tego co robię (ale na razie nie mam gdzie się utrzymać, więc póki co to puste słowa), choć kokosów z tego nie mam. Głównie dlatego, że dalej traktuję to jako hobby i staram się, żeby nie pochłaniało mi zbyt wiele czasu. Robię co mogę, żeby to, co stworzę było dopracowane tak, żebym śmiało mógł to potem umieścić w portfolio i bez wstydu powiedzieć ‘tak, to moje’.

Bywa, prawda? Prawda, ale to skłoniło mnie do przemyślenia kilku działań. Dalej nie wyobrażam sobie pracy na etat, jednak chciałbym spróbować czegoś bardziej sformalizowanego. Czegoś, co da mi chociaż posmak życia w jakiejś zorganizowanej grupie.

Jakimś sposobem Second Gate stało się dość rozpoznawalne (chociaż raczej nie w Polsce) i zlecenia wpadają mi do skrzynki pocztowej bez przerwy. Staram się wybierać te, w których klient da mi więcej swobody, w których to ja powiem co dla klienta dobre, a czego powinien unikać. W sumie jest dobrze i w każdej chwili mógłbym stworzyć z Second Gate ‘coś więcej’.

Jednak, jak napisałem wyżej, chciałbym spróbować czegoś innego. Czegoś, co zapewni mi swobodę freelancera, a jednak da posmakować jakiejś namiastki pracy etatowej. Krążę więc między firmami zajmującymi się outsource’ingiem a stałymi zleceniami z agencji reklamowych. Zdecydowanie bardziej podoba mi się pierwsza opcja i w tym kierunku chyba pójdę. Teraz tylko zdecydować się na jakieś konkrety, bo niestety – o ile pojedynczych zleceń otrzymuję mnóstwo – tak o stałą współpracę już nie tak łatwo.

Problem w tym, że przez ostatni okres nie nauczyłem się niczego nowego. Dalej znam XHTML/CSS, projektuję szatę graficzną dla stron pod kątem dobrego user-experience, zajmuję się sieciowym wizerunkiem, ale w kwestiach technicznych stoję. Głównie dlatego, że nie miałem okazji użyć choćby bardziej zaawansowanego JavaScriptu, a chciałbym wyjść w coś więcej poza jQuery. Kto wie, może taka chwilowa zmiana mi w tym pomoże? Może znajdą się jakieś projekty, które będą wymagały ode mnie ‘czegoś więcej’. To jedna z tych wad pracy dla samego siebie – trzymamy się tego, co potrafimy i zbyt często omijają nas zlecenia, które wymagają poszerzenia swojej wiedzy. Sami wybieramy to, czym chcemy się zająć i najczęściej wybieramy po prostu to, w czym czujemy się pewnie.

Taak... chyba można powiedzieć, że szukam pracy. :)

Przeglądaj Network na Delicious

Kojarzycie te wszystkie serwisy w których ludzie dzielą się linkami? A dzielą się na Twitterze (i jemu podobnych), Diggu, na swoich blogach, przez komunikatorach, przesyłają mailami, zostawiają w komentarzach, opisują na forach… Mówiąc szczerze, nie cierpię tego. Jasne, fajnie dostać linka do nowego serwisu, który będzie pisał o designie. Rozumiem nawet, że mogę taki link dostać dziesięć razy. I tu nie widzę problemu. Ale dlaczego, do cholery, potem muszę dziesięć razy dostać odnośnik do każdego artykułu, który pojawi się w tym serwisie?

A poinformuje mnie o tym kilka osób na Twitterze (eh te retweety), ze dwa razy dostanę informację mailem, znajdę na kilku blogach i pewnie w kwadrylionie innych miejsc. A prawda jest taka, że większość z tych informacji mnie nie obchodzi. Jeśli śledzę kogoś na Twitterze, to nie po to, żeby co chwila podrzucał linki do pojedynczych artykułów z "inspiracjami" czy innymi poradami.

To nie śledź, nie czytaj można powiedzieć. I tak robię. Jak widzę, że ktoś robi za taką centralę od łapania "fajnych" linków w sieci i przekazywania ich dalej, to sobie odpuszczam. To już prawie to samo co spam biurowy. Pewnie trochę mnie omija, ale przynajmniej nie mam zawalonych kilku stron rozmaitymi linkami, których mi się nie chce nawet kliknąć. Drogie maszynki do łapania "fajnych" linków – ja wiem co to jest RSS i jeśli będę chciał, to sobie dodam kanał do czytnika, nie musicie przekazywać wszędzie informacji o każdym nowym wpisie. Poinformujcie mnie, że jest fajna strona, która może mnie zainteresować, to sobie wejdę, przejrzę artykuły i – jeśli będę faktycznie zainteresowany – dodam do czytnika. Proste.

No dobra, ale – jak pisałem – w ten sposób mogę trochę przegapić. Gdzieś między tymi kwadrylionami nieprzydatnych linków znajdzie się jakaś perełka, jak ją wyłowić? Ano perełki mają to do siebie, że nie przekazujemy ich tylko dla ludzi, ale chcemy też zachować dla siebie. Bo najczęściej są po prostu przydatne. Przydatne rzeczy się trzyma.

I tu z pomocą przychodzą serwisy z zakładkami do stron WWW, w tym najpopularniejszy (i mój ulubiony) Delicious. Jak to z serwisami ery Web 2.0, na Delicious można dodawać znajomych. Serwis jest tak fajnie pomyślany, że tworzy stronę (i oczywiście feed) z linkami zapisanymi przez wszystkich dodanych znajomych. Chodzi mi oczywiście o funkcję nazwaną Network.

Tam właśnie lądują perełki. Te faktycznie przydatne linki zapisujemy dla siebie. Dziwi mnie tylko, że funkcjonalność ta jest tak niepopularna. I dlatego napisałem co napisałem – naprawdę warto dodać sobie tam kilka osób, zamiast śledzić śmieciowe linki na Twitterze czy innych mu podobnych. A zapisanie tam czegoś wymaga odrobiny wysiłku (wpisać tagi, poprawić tytuł), więc najczęściej nie dodaje się tam wszystkiego jak leci, co tylko zwiększa wartość znalezisk.