Dawid „Fenrir” Wiktorski, w swoim artykule Bo to empik jest uderzył w Empik jako wroga czytelnictwa numer jeden, a ja nie widzę ani jednego sensownego argumentu w jego artykule. Fakt, że gdzieś tam przy końcu obrywają też wydawnictwa, ale ich wina jest okrutnie marginalizowana.
Małe wydawnictwa praktycznie nie mogą pozwolić sobie na niemożność sprzedaży książek w empiku, dlatego muszą godzić się na warunki sprzedaży, jakie się im narzuci.
Empik na obecną chwilę z wydawnictwami gra nie fair. Naprawdę nie trzeba szukać daleko, by spotkać kolejne przypadki maksymalnego zwlekania z płatnościami. Dostawcy towarów muszą zaciągać kredyty na spłatę bieżących zobowiązań, a empik przypomina sobie o ich istnieniu dopiero wtedy, gdy złożony zostanie pozew sądowy
Chwileczkę. Małe wydawnictwa (czy wydawnictwa w ogóle) są na tyle głupie, żeby współpracować z nierzetelnym pośrednikiem, który niszczy je na każdym kroku? I nie mogą sobie pozwolić na to, żeby takiego pośrednika odstawić w kąt, a jak zgnije zakopać na tyłach domu? Czegoś tu autentycznie nie rozumiem. Okej, Empik jest największą siecią tego rodzaju w Polsce, dlatego rozumiem, że promocja wydawanych materiałów z jego udziałem jest jednym z filarów działania, ale dlaczego najczęściej jedynym? Czy tylko mnie w szkole uczyli, żeby dywersyfikować działania? Jeśli nie da się z nimi pracować, to co za problem przestać.
Truizmem jest powiedzieć, że Empik jest w zasadzie już monopolistą na rynku księgarskim – ma taką pozycję, że bez niego sensowna promocja jest niemożliwa. Chcesz wypromować bestseller – bez Empiku i jego promocji jest to niemożliwe.
Aha czyli wydawnictwa nie mogą przestać, bo kompletnie nie mają pomysłu na promocję książek. Menadżerowie zestarzeli się razem z jednym najstarszych znanych mediów. I to jest jedyny problem. Zamiast lecieć jak ćmy do ognia, wystarczy przystanąć na chwilę i zastanowić się nad zmianą strategii. Ja sam jestem w stanie wymyślić przynajmniej trzy porządne filary, które pozwolą działać wydawnictwu bez Empiku, a przecież jest mnóstwo osób, które na pewno byłyby w stanie pomóc wydawnictwom jeszcze bardziej. Tyle, że w tych wydawnictwach ktoś chyba nie zauważył, że świat się zmienił i drukowanie plakatów przestało być wystarczającą promocją.
Dyktowanie warunków na całym rynku stałoby się codziennością, a małe księgarnie zaczęłyby być zamykane z braku klientów (przecież empik ma ładne salony, można poczytać pomiędzy półkami, duży wybór towaru…).
No kurcze. Drogie małe księgarnie – Empik pokazuje wam idealnie czego chcą klienci. Dlaczego nie potraficie skorzystać z doświadczenia konkurencji?
Wydawcy raczej nie wpłyną na zmianę pozycji Empiku. Te zmiany musiałyby być oddolne. Jeżeli czytelnicy zaczęliby wybierać inne księgarnie, mniej zorientowane na bestsellery, a bardziej na książkową różnorodność, pewnie byłoby to z korzyścią dla wszystkich.
A to już jest straszne. Klienci są w stanie zapłacić więcej za dodatkowe korzyści. Za to, że przyjdą do ładnego salonu, usiądą na wygodnej kanapie, a obsługa będzie dla nich miła. Jeśli nikt inny nie jest w stanie zaoferować klientom podobnego standardu, to chyba logiczne, że klienci kierują się do Empiku. Bo chyba nie jest tak, że czytelnik powinien pójść do małej księgarni, oddalonej od miejsca zamieszkania kilkanaście kilometrów, do tego ze słabym dojazdem, otworzyć skrzypiące drzwi i spróbować znaleźć interesującą go pozycję. Jeśli mu się uda – zaoszczędzi osiem złotych. Jeśli nie… no trudno, przynajmniej próbował.
Tak naprawdę problemem nie są ani czytelnicy, ani Empik. Problemem są wydawnictwa, które nie mają pojęcia jak się odnaleźć w dzisiejszym świecie. Istnieją w formie identycznej jak istniały kilkadziesiąt lat temu. Do tego zarządzają nimi ludzie tak nieudolni, że opierają swoje istnienie na współpracy z pośrednikiem, który ma warunki nie do zniesienia, a do tego potrafi jeszcze nie zapłacić i oddać pół nakładu. I kto tu tak naprawdę ma klapki na oczach?