second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Okładki na pamiątkowe DVD

Okładki na pamiątkowe DVD Nadruki na płyty Książki wydawnictwa Pelikan Książki wydawnictwa Pelikan

Jeśli masz się uczyć – ucz się na własnych projektach. Miałem stworzyć wzór wkładek do pudełka DVD na pamiątkowe nagrania rodzinne. Takie starocie zgrywane z kaset VHS, które odkłada się na półkę i zapomina. Trafiło akurat na moment w którym byłem zawalony innymi projektami. Niewiele czasu wolnego, więc na pierwszy ogień poszło zrobienie byle czego. Czyli jeden kolor plus prosty kształt, wydrukować, zapomnieć.

Długo nie wytrzymałem. Dręczyło mnie jaką to chałturę odwaliłem. Nie zostało nic innego, jak przysiąść i zrobić to porządnie. Inspiracją były książki wydawane kiedyś przez wydawnictwo Pelikan. Miały świetny i bardzo spójny (a mimo tego różnorodny) design okładek. Co prawda nie sądzę, że ktoś z mojej rodziny miał którąś w rękach, ale to chyba w niczym nie przeszkadza. ;-)

Zaprojektowałem (na razie) trzy okładki, bazujące na tym samym schemacie. Do każdej jeszcze projekt nadruku na płytę. I jestem do tej pory bardzo zadowolony z efektu. Wrzuciłem też kilka zdjęć (słabej jakości).

Chwalenie się wersją traci sens

Przynajmniej tam, gdzie środowisko działania zmienia się bardzo szybko. Twórcy oprogramowania faktycznie lubią porównywać numerki, ale dla użytkownika to raczej nic nie znaczy. Weźmy takiego Chrome – żeby dowiedzieć się którą wersję posiadamy, trzeba chcieć taką informację znaleźć. Z Safari jest podobnie, natomiast reszta jeszcze lubi pokazywać swoją 11 albo 4.

Od pojawienia HTML5 przestajemy się przejmować numerkami, bo wraz z postępem czasu, specyfikacja będzie się po prostu poszerzać o kolejne funkcje. I to jest, moim daniem, bardzo fajna decyzja. Nie będzie tak, że gdy nagle zaczniemy potrzebować supportu dla napisów w <video>, W3C wyda „kolejną wersję” HTMLa. Nie, uzupełnią specyfikację o kolejne elementy.

Chciałbym, żeby tak samo działo się w przypadku software. A przynajmniej tego częściej aktualizowanego. Najwyższy czas skupić się na treści, a nie opakowaniu. Użytkownika nie obchodzi (choć marketingowcom wydaje się inaczej), że Opera jest już w 11 wersji. Łał, to musi być już dużo lepsza, bo Firefox ma tylko 4. Nikt się przecież na to nie nabiera, bo Opera i tak średnio sobie radzi ze zdobywaniem kolejnych użytkowników.

Proces aktualizacji software powinien wyglądać inaczej. Użytkownik instaluje sobie aktualną wersję. I od tej pory ma gdzieś której wersji używa. Nie interesuje go również aktualizacja. Soft powinien robić to sam w tle. Do tego stopnia, że nie powinny pojawiać się nawet żadne wiadomości. Użytkownik nie musi wiedzieć, że ma już nową wersję. Nie musi być pytany o to, czy ją pobrać, ani o to czy w ogóle chce się tym zainteresować. Użytkownik ma mieć nową wersję, bo nowa wersja ma być lepsza. Ma tworzyć lepsze środowisko do działania dla deweloperów, albo poprawiać wykryte błędy. Powinniśmy się w końcu przestać zastanawiać się nad software, a zacząć go używać.

Na pewno zostanę zjedzony przez power-userów. Ktoś mi jeszcze wytknie, że przecież W3C i tak chwali się swoim numerkiem. Ba, stworzyli sobie logo. Ci pierwsi powinni wiedzieć, że są odsetkiem, ci drudzy muszą sobie uświadomić, że W3C reklamuje w ten sposób nowe podejście.

To wszystko nie dotyczy tylko przeglądarek. Powinno, i na pewno będzie, obejmować coraz więcej programów. Przeglądarki są najlepszym przykładem, bo muszą gonić za rozwojem sieci. Nie ma co czekać na kolejne wersje, wszystko trzeba wprowadzać jak najszybciej, a nie zbiorczo raz na rok. Cieszę się, że Mozilla się zorientowała.

Moja ciotka nie zaktualizuje sobie VLC. Nawet jeśli wyskoczy jej okienko. Może się bać, albo może mieć to zwyczajnie gdzieś. Bo działa. Jak działa, nie dotykaj. A tymczasem gdyby program uaktualnił się sam, oszczędziłby jej stresu wynikającego z pojawienia się jakiegoś okienka i jeszcze stałby się np. szybszy po wprowadzeniu akceleracji w którejś kolejnej wersji.

Można się jeszcze zastanowić jak to się ma do zmian w interfejsie. Tu faktycznie może być trochę trudniej. Z jednej strony można by wprowadzać je małymi kroczkami. Ale wszystkich, którzy przyzwyczajają się do rozmieszczenia elementów będzie to strasznie irytować. Co dwa miesiące przycisk w innym miejscu. Więc chyba tutaj lepiej wprowadzać takie zmiany hurtowo w dłuższych odstępach czasu. Czyli – zostawmy interfejs i aktualizujmy to, co pod spodem. Ale znowu – nie pytajmy użytkownika, czy chce po dwóch latach uaktualnić program do nowej wersji, bo interfejs wygląda zupełnie inaczej. On nie jest do końca pewien co to interfejs. A my przecież nie będziemy bez końca wspierać archaicznych już rozwiązań z poprzedniej wersji. Tym bardziej nie chcą wspierać ich deweloperzy usług towarzyszących i tworzyć rozwiązań dla kilku wersji.

To zaczyna też działać w segmencie systemów operacyjnych. Różne dystrybucje Linuxa są bardzo bliskie takiej zasadzie działania. Bardzo blisko jest już też w aplikacjach na iOS – twórcy chwalą się nowościami, nie chwalą się wersją. To wszystko stwarza wrażenie lekkości software’u. Dużo przyjemniejsze dla użytkownika, bardziej naturalne.

Majesty – The Fantasy Kingdom Sim

Majesty – The Fantasy Kingdom Sim Majesty – The Fantasy Kingdom Sim Majesty – The Fantasy Kingdom Sim Majesty – The Fantasy Kingdom Sim Majesty – The Fantasy Kingdom Sim Majesty – The Fantasy Kingdom Sim

Był czas, kiedy powstawało bardzo dużo RTSów. Bardzo dużo dobrych RTSów, a Majesty wyróżniało się spośród nich i zajęło w mojej pamięci bardzo wysokie miejsce. Naszła mnie ochota na przypomnienie sobie jak to było być królem i przejście gry wraz z dodatkiem.

To do tej pory jest świetna pozycja. Spośród innych, w których stajemy się władcą, budujemy, najmujemy jednostki i walczymy z innymi nacjami, wyróżnia ją to, że nie mamy wpływu na jednostki. Właściwie jedyne co możemy robić w grze to zlecenie budowy, najęcie bohatera i wyznaczanie nagród. Plus jeszcze rzucanie czarów (drogich) i odkrywanie nowych technologii. Reszta dzieje się sama. Nie możemy kliknąć poddanego i rozkazać mu walczyć. On sam zrobi to, co mu się zechce. A trzeba dodać, że poza różnicami technicznymi (siła, zręczność), bohaterowie mają swoje charaktery. Rogue poleci za złotem choćby miał zginąć (i najczęściej ginie…), paladyn walczy w imię wyższych celów, a ranger poleci odkrywać niezbadane ziemie.

Do tego misje (szczególnie w dodatku) są dość zróżnicowane jak na RTS. Drobne modyfikatory (tu nie pozwolimy używać czarów, tam pozwolimy nająć tylko jedną silną jednostkę w jednym budynku, albo w ogóle nie pozwolimy najmować jednostek) bardzo fajnie urozmaicają grę. Misje potrafią być naprawdę trudne. A do tego całość ma świetny klimat, który tworzy tak grafika (co z tego, że archaiczna i w 800×600) jak i muzyka z dźwiękami otoczenia. Wielbię tę grę i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę.

Kiedyś nawet czekałem na drugą część z dopracowanymi elementami i poprawioną grafiką. Okazuje się, że powstała jakiś czas temu. Muszę dorwać i sprawdzić jak bardzo popsuto miodność. ;) Jest też wersja na urządzenia mobilne, ale ta grafika mnie odrzuca.

Mała podpowiedź – gdyby ekran gry przewijał wam się za szybko, można w rejestrze zmienić wartość ScrollSpeed w Cyberlore/Majesty.

Massimo Vignelli na Offset 2009

Jeśli ktoś nie zna prac Vignelli’ego, a ma ochotę uzupełnić wiedzę, warto zobaczyć. Nic specjalnego się nie dowiedzie, bo wykład nie był raczej inspirujący, ale co jakiś czas pojawia się ważniejsze zdanie, które można przełożyć na własne umiejętności. No i… odrobina historii designu też nie zaszkodzi.

Nagranie jest okrutnie ciche, ale uważajcie na kaszel, wtedy wali po uszach. ;)

Swoją drogą – nie miałem pojęcia, że zespół Vignelli’go projektował dla polskich makaronów Malma.

Paluszki ładowane słońcem

Light Catcher Light Catcher Yung-Hsaing Chang, Ming-Shien Lin, Chang-Ting Lu: Light Catcher

Prosty pomysł – owinąć baterie panelem słonecznym i pozwolić im pobierać prąd z największego źródła energii jakie mamy do dyspozycji. Jestem zwolennikiem umieszczania stałej baterii wewnątrz urządzenia i umieszczania paneli właśnie na nim, ale takie coś może sprawdzić się równie dobrze.

Całość jest dostępna zarówno w rozmiarze AA jak i AAA, a do tego można ładować urządzenia używając standardowego złącza jack. Tu widzę pewien kłopot, bo wydaje mi się, że potencjalny użytkownik zbyt łatwo może je pomylić i z ciekawości podłączyć choćby do słuchawek. Pomysł startuje w tegorocznym IF Design i – jeśli wygra – może zobaczymy je na półkach.

Jak otwierać nową książkę

How to open a book

…żeby się od razu nie rozleciała i przetrwała jak najdłużej. Niby takie proste, a można to zrobić dbając o szwy albo je kalecząc. W przypadku książek klejonych też się przyda – poluzuje trochę strony. Szanujcie książki albowiem przyjdzie czas, że zechcą się na was zemścić!

Dom nad Kaweah Falls

Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls Kaweah Falls

Dosłownie nad. Pomysł mi się bardzo podoba jak na niego patrzę na obrazkach. Świetna rzecz kiedy przepuszczamy rzekę pod naszym domem, jak w grach czy książkach fantasy. Nie dałbym rady jednak w nim mieszkać przez szum wodospadów i komary. ;) Jednak, jakby nie patrzeć, wygląda pięknie.