second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Muzycznie zza bramy #3

Ostatnio próbowałem przełamać swoją niechęć do nagrań z koncertów odsłuchując całą kolekcję live’ów jakie wydali Dave Matthews Band. Jest tego jakieś 36 płyt i są niezłe. Fajnie usłyszeć znajome kawałki w innych aranżacjach, a jest też sporo utworów, które nigdy nie znalazły się na studyjnych albumach.

Beirut

Beirut – The Flying Club Cup

Albumy Beirut są dla mnie jak dorosłe wersje tego, co wykonuje Mesita. Miejscami trochę bardziej orientalne, ale cały czas bardzo intensywne i bogate. Mam wrażenie, że przewija się tam mnóstwo instrumentów naraz. Na pierwszy rzut oka sprawiają może wrażenie chaotycznych, ale w gruncie rzeczy składają się na zgraną całość.

Gnarls Barkley

Gnarls Barkley – The Odd Couple

Krążyły pogłoski, że po wydaniu drugiego albumu duo Danger Mouse i Cee Lo Green nie zejdą się ponownie, żeby nagrać coś razem. Okazuje się, że jednak spróbują i w następnym roku dostaniemy nowe utwory. I bardzo dobrze, bo tak intensywnej i starannie zaplanowanej muzyki nie jest dużo.

W jednej chwili dostajemy powolny i charakterystyczny głos wokalisty, a za chwilę tempo zmienia się, dochodzi głęboki bas i jeszcze chórek w tle. I tak z każdym utworem, nie ma słabszych. Równie dobrze mogłoby to być 27 singli i każdy miałby swoją osobowość.

Dr. Dog

Dr. Dog – Toothbrush

Kojarzą mi się z odświeżoną wersją muzyki lat… hmm… może sześćdziesiątych. Właściwie to mam wrażenie, że pisząc utwory starają się zrobić wszystko, żeby całość wyglądała trochę jak muzyka tworzona przez grupkę przyjaciół, którzy w słoneczny dzień zbierają się na murku przy osiedlu domków jednorodzinnych i po prostu sobie razem śpiewają, a czasami powygłupiają. I to jest fajne.

Fleet Foxes

Fleet Foxes – Fleet Foxes

Teoretycznie to jest folk, chociaż ja dostrzegam nutę post-rocka (we wszystkim dostrzegasz nutę post-rocka). Brakuje im trochę precyzji, bo dźwięki spajają się zbyt mało wyraziście, ale zdecydowanie mają swoje momenty. Zobaczymy co przyniesie nowy album.

Daft Punk

Daft Punk – Tron Soundtrack

Właściwie to poznałem tylko soundtrack do Trona i trochę (niezłych) coverów. A sam soundtrack jest przecież perfekcyjny. I co z tego, że film był (tylko) rozbudowanym teledyskiem, skoro wszystkim nam się tak na prawdę podobał, prawda?

Kasabian

Fleet Foxes – West Ryder Pauper Lunatic Asylum

Kasabian zacząłem słuchać jak tylko zespół powstał w 1999, ale po jakimś czasie znudziłem się ich propozycją na tyle, że wylecieli z mojej biblioteki muzycznej. Nie sądziłem nawet, że po pierwszym albumie uda im się tak bardzo poprawić, bo każdy kolejny jest coraz lepszy. West Ryder Pauper Lunatic Asylum jest jedną z najlepszych płyt tego gatunku jaką miałem okazję usłyszeć. Do cna wielbię Thick as Thieves.

Kid Sam

Kid Sam – Kid Sam

Mistrzostwo świeżego brzmienia z genialnym głosem wokalisty i przefajnymi tekstami. Jeden z tych albumów, który od początku do samego końca wciąga i dyktuje jak będziesz się czuł przez następne kilka godzin. Melancholia.

James Blake

James Blake – James Blake

Wydaje mi się, że James Blake swoim pierwszym albumem narobił dużo zamieszania. Nie znam się na dubstepie i nie śledzę tego świata, ale jeśli trafiłem na ten album, to znaczy, że udało mu się wybić ze swojej niszy. To bardzo melodyjne (!) utwory, powiedziałbym, że zakrawają nawet na muzykę soul, a przy tym cały czas czuć to elektroniczne brzmienie. Głos wokalisty też brzmi świetnie.

Bardzo bym chciał, żeby w następnym albumie Blake poszedł w stronę większego wykorzystania instrumentów klasycznych, jak na przykład w Wilhelms Scream.

20 000 mil podmorskiej żeglugi

Ivan Maximov: 20 000 Leagues Under the Sea

To tylko krótka animacja openingu (jak to ładnie byłoby po polsku?) do filmu przygotowana w ramach zajęć lekcyjnych, ale wygląda świetnie. Odpowiednia muzyka, trochę zdjęć spod wody w tle i dopracowane grafiki na pierwszym planie. Całość taka, jak robiło się to kiedyś.

Typografia w sieci: Wyrównanie tekstu

W większości papierowych dokumentów, gazet czy książek tekst jest wyjustowany. Nasz mózg lubi symetrię, więc lepsze wrażenie robi na nim blok tekstu, który nie jest poszarpany. Niemniej jednak, justowanie odrobinę utrudnia czytanie. Trudniej jest zaczepić wzrok na ostatnim słowie w wierszu, ponieważ wszystkie linie mają jednakową długość. Czasami przez to potrafimy zgubić linijkę w trakcie schodzenia do kolejnej. Staramy się temu zapobiec stosując odpowiednią długość wiersza, jednak zawsze odpowiednia długość plus niejustowany tekst da lepsze rezultaty niż tylko odpowiednia długość. Jest to jedno z ustępstw jakie popełnia się by tekst wyglądał dobrze.

Justowanie wymaga precyzji. Nie wystarczy samo porozsuwanie wyrazów tak, aby wypełniły całą długość wiersza, ponieważ zdarzyć się może, że odstępy między nimi staną się okrutnie duże. Typografowie, oprócz manipulowania odstępami międzywyrazowymi, starają się również odpowiednio dobierać odstępy między znakami jak również przenosić niektóre wyrazy do kolejnej linii. W dzisiejszych czasach to żmudne zajęcie wspomagane jest przez profesjonalne oprogramowanie do składu tekstu.

Różnica między justowaniem tekstu za pomocą odstępów międzywyrazowych, a połączenia odstępów między znakami, wyrazami i przenoszenia wyrazów do nowej linii

Do tej pory nie radzą sobie z tym przeglądarki. Przy wyrównywaniu tekstu do obu stron manipulują tylko odstępami międzywyrazowymi, co często daje efekt bardzo rozstrzelonych wyrazów. Jest kilka metod pozwalających zadbać o ten aspekt przy odrobinie wysiłku, jednak część z nich obciąża zasoby komputera, a druga część wymaga bardzo dużej pracy przy ręcznej edycji tekstu. Dlatego też, mówiąc ogólnie, nie poleca się justowania tekstu na stronach internetowych.

p { text-align: justify; } /* justowanie */

p { text-align: left; } /* wyrównanie do lewej */

p { text-align: right; } /* wyrównanie do prawej */

W krótszych tekstach możemy ręcznie pokazać przeglądarce w którym miejscu można podzielić wyraz. Robi się to za pomocą ­. Kiedy przeglądarka uzna, że podzielenie wyrazu w tym miejscu będzie korzystne dla czytelnika, przeniesie jego część do kolejnej linii.

Ręczne dba­nie o typografię.

Na horyzoncie pojawia się CSS3 z nowym modułem tekstu. Twórcy przewidują w nim wsparcie dla automatycznego przenoszenia wyrazów do nowej linii (ang. hyphenation) jak również wsparcia dla justowania z prawdziwego zdarzenia. W tej chwili przeglądarki dopiero starają się zadbać o ten aspekt i prawdopodobnie przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Automatyczne dzielenie wyrazów

Nowy CSS przewiduje kontrolę nad automatycznym dzieleniem wyrazów za pomocą własności hyphens:

Pamiętajmy, że sposób dzielenia wyrazów zależny jest od języka tekstu. Specyfikacja CSS mówi, że możliwe będzie zaimportowanie własnego „słownika podziału wyrazu” za pomocą @hyphenation-resource. Jednak można się spodziewać, że przeglądarki same będą radziły sobie z określaniem tegoż jeśli w znaczniku <html> określimy wartość lang. Przeglądarki i tak posiadają już słowniki ortograficzne, więc logicznym następstwem wydaje się być dodanie w nich wsparcia dla podziału wyrazów. Specyfikacja oddaje nam też w ręce pełną kontrolę nad różnymi aspektami, jednak póki całość jest tylko szkicem, nie ma sensu się w nie zagłębiać.

Lepsze justowanie tekstu

W CSS3 znajdziemy również kilka przydatnych opcji jeśli chodzi o dokładniejsze justowanie. Szczególnie jedna z możliwości text-justify wydaje się interesująca: distribute powinno wyjustować tekst używając zarówno odstępów między wyrazami jak i między znakami.

Specyfikacja nie jest jednak jasna. W tej chwili brzmi nawet dość dziwnie, więc musimy poczekać dłuższą chwilę aż ustalone zostaną konkretny.

Majesty 2

Majesty 2 Majesty 2 Majesty 2 Majesty 2

Kiedy pisałem o Majesty zorientowałem się, że jakiś czas temu wydano drugą część. Bałem się trochę, że pewnie popsują ten klimat, ale uspakajaliście mnie w komentarzach, że jest równie dobra.

Jest. To znaczy – klimat trochę jednak ucierpiał przez… lepszą grafikę. Jest na prawdę ładna, ale jednak sentyment do tej całej starej otoczki pozostaje. Nowe Majesty to nic innego jak pierwsza część z ulepszoną grafiką i poprawionymi wszystkimi niedogodnościami. Możemy więc grupować bohaterów w drużyny po czterech – twardziel, który przejmie na siebie ataki, bohater ze zdolnościami leczenia i dwóch bohaterów wspierających z odległości (mag i łucznik) to drużyna ciężka do pokonania. Do tego wieże strażnicze zyskały na sile i znaczeniu, co można fajnie taktycznie wykorzystać w wielu misjach. Zmienił się też mechanizm budowania placówek handlowych i świątyń – można je postawić tylko na z góry określonych terenach, co często też jest fajnym dodatkiem, bo trzeba bronić zajętych stanowisk.

Takich małych ulepszeń jeszcze kilka się znajdzie i wszystkie poszły w dobrą stronę. Popsuto niestety trochę różnorodność misji. O ile w poprzedniej części starano się, żeby – choć pozornie – nie wszystkie polegały na zabiciu lub zniszczeniu czegoś, tak tutaj wyraźnie wszystkie po kolei dokładnie na tym bazują. Sytuację pogarszają kolejne dwa dodatki, które nie zmieniają kompletnie rozgrywki, a misje toczą się nawet na tych samych mapach! Trochę lepiej jest z najnowszym dodatkiem – Monsters Kingdom, gdzie kierujemy już zupełnie innymi bohaterami. Wszyscy z którymi do tej pory waliczyliśmy stają się naszymi sojusznikami. Fajnie jest przez chwilę kierować szczuroludźmi czy wilkołakami, tym bardziej, że nawiązują w jakimś stopniu do Pirates of the Caribbean podśpiewując własną wersję and a bottle of rum.

Tak czy inaczej gra jest ekstra. Wszystkie poprawki są na plus, a uroku całość praktycznie nie straciła. Tak się powinno robić sequele – poprawić to, co przeszkadzało poprzednio, a nie psuć to, co dobrze działa.