second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Wydrukuj sobie książkę

Espresso Book Machine

Espresso Book Machine to taka mała drukarnia, urządzenie potrafi wydrukować i złożyć książkę praktycznie bez ingerencji człowieka. Podajemy mu PDFa z treścią, plik z okładką i ustawiamy minimalną ilość parametrów, a rządzenie zajmie się resztą. Wydrukuje, obetnie i ułoży strony, a na koniec przyklei okładkę. Efekt końcowy wygląda co najmniej poprawnie. Biorąc pod uwagę, że stworzenie trzystustronnicowego tomu zajmuje niecałe cztery minuty…

Producent chce rozmieścić EBMy w instytucjach o profilu edukacyjnym, bilbiotekach, szkołach czy księgarniach. Amerykańskie uczelnie już z tego korzystają. Klient przychodzi z eBookiem (ewenutalnie korzysta ze sklepu online), a po kilku minutach wychodzi z fizyczną wersją gotową do czytania. Księgarnie mogą korzystać z większej bazy powieści, nie musząc przetrzymywać ich na półkach. Takie urządzenie może stanowić początek fajnego biznesu. Znam przynajmniej kilkanaście osób, które własnym nakładem wydawały książki (głównie dla przyjaciół albo wąskiego grona odbiorców). Drukarnie średnio zapatrują się na niewielki nakład, a jeśli już - za niemałe pieniądze. Idealnie byłoby więc stworzyć punkt, który drukowałby takie niewielkie ilości książek i wysyłał pocztą do klientów. Przy odpowiedniej strategii mogłoby się sprawdzić.

Gazeta 2.0

Mag + Sports Illustrated Reklama The Sun

Internet głosi wszem i wobec, że czas standardowych, fizycznie istniejących gazet z papieru powoli mija. Ja sam sądzę, że gazet owszem, będzie mniej, ale zostanie też nie mało. Wśród ocalałych znajdą się wszystkie te pisma, które zadbają nie tylko o treść, ale również sposób jej prezentacji. Przyszłość czasopism i magazynów widzę właśnie w barwach takiej elity wyrastających ponad wszystkie treści podawane w formie elektronicznej. Dopracowane artykuły, pisane łatwym, ale równocześnie eleganckim językiem. Duże zdjęcia dobrej jakości, które nie są tylko ozdobnikiem tekstu, ale wartością samą w sobie. Dbałość o typografię, rozkład treści, dużo wolnej przestrzeni na stronach. I w końcu bardzo dobrej jakości papier i tusz - zapachu kartek zaraz po otwarciu świeżo kupionego magazynu i refleksów światła na stronach nie zastąpi żaden elektroniczny gadżet.

To na pewno nie będzie dla wydawców łatwe. Magazyny i gazety, które w tej chwili postrzegane są jako te ze średniej półki (nie cenowej, a jakościowej) będą musiały bardzo się postarać, żeby przetrwać. Te najsłabsze nie mają raczej szans i jeśli będą chciały zachować markę, przejdą całkowicie na publikacje elektroniczną w najprostszej formie - strony WWW. Czasopisma, które dzisiaj uważa się za te lepsze nie wymrą tylko jeśli staną się jeszcze lepsze - najczęściej elementem, który najłatwiej poprawić jest właśnie sposób prezentacji treści.

O myszach dotykowych

O tym, że mysz się starzeje powtarza się już długo. Większa część zwykłych użytkowników pewnie ma to gdzieś, jednak zwykły użytkownik najczęściej nie wie, że potrzebuje czegoś więcej zanim mu się tego nie pokaże. Wady myszy zauważają natomiast wszyscy ci, którzy potrzebują wygodnego narzędzia do komunikowania się z komputerem przy codziennej pracy. Na ten przykład ja. Mysz jest okropnie nieprecyzyjna, a ja bardzo chciałbym móc przesuwać kursor o jeden piksel w dowolnym kierunku. Machanie nią na prawo i lewo po biurku przy każdej okazji też do przyjemnych nie należy. Zwłaszcza przy większych rozdzielczościach.

I wszystkie te wady próbuje się stopniowo eliminować. Nie przez rewolucję, ale stopniowo - wypróbowując różne rozwiązania. Jeden przycisk, potem dodanie kolejnego, jeszcze jednego, następnie rolki do przewijania... i może kilku kolejnych przycisków - w końcu mogą się przydać. Fajnie by było, gdyby rolka mogła przewijać we wszystkich kierunkach. To dodamy jeszcze dwa przyciski, które obsługiwać się będzie przechylając scrolla na prawo i lewo (co w sumie w mojej myszce nie działa prawie od początku). Apple próbowało wprowadzić możliwość łatwego przewijania strony w każdym kierunku w Mighty Mouse. Właściwie nie tyle próbowało, co wprowadziło. Tyle, że całość okropnie się psuła. Okazało się, że ludzie nie są sterylni i myszki się brudzą, w środku też. Trzeba było iść dalej.

Moda na dotykowe ekrany panuje w najlepsze, laptopy mają touchpady i okazuje się, że w niektórych przypadkach duża powierzchnia dotykowa ma swoje zalety. Apple wprowadza więc hucznie na rynek Magic Mouse, która wygląda ślicznie, założenia ma fajne, ale technicznie ma sporo wad. Część wad wyeliminowano alternatywnym sterownikiem (możliwość konfiguracji gestów), część niestety pozostanie. Sama mysz też do najwygodniejszych nie należy, bo jest zwyczajnie nieergonomicznego kształtu. No, ale samo to, że większość powierzchni urządzenia jest podatna na dotyk i gesty wykonywane palcami jest świetne i wymaga jedynie dopracowania. A gdyby tak jeszcze wyeliminować wady leżące w samych zasadniczych założeniach budowy myszy...

No dobra, ale nie mówmy, że tylko myszy sygnowane jabłuszkiem wprowadzają jakieś zmiany do świata gryzoni. Microsoft też ma swój udział w rozwoju urządzeń peryferyjnych - choćby wprowadzając technologię Blue Track. Oprócz tego firma również pracuje nad gryzoniami w z obsługą gestów. W rozmaitych kształtach, o różnym zastosowaniu i przeznaczeniu. Niektóre wyglądają co najmniej śmiesznie. ;)

No dobra, mamy cały czas rozwijaną i stopniowo wprowadzaną dotykowość w myszkach. Idziemy w dobrym kierunku - ułatwiamy operowanie softwarem dzięki rozmaitym dodatkom do myszy. Gdzie jest problem? Otóż przy maltretowaniu gryzoni tymi wszystkimi gestami często okazuje się, że urządzenie po prostu ucieka z ręki. To jak? Jedną ręką trzymać mysz, a drugą wykonywać gest? Trochę to się mija z celem. Jasne, można się przyzwyczaić i tę sztukę opanować, ale nie o to mi chodzi. Chodzi mi raczej o to, że ułatwiając poruszanie kursorem w sferze wirtualnej nie robimy nic, żeby ułatwić operowania samym urządzeniem sterującym. To pewnie wyraz mojej frustracji obcowania z myszami, ale ja na prawdę nie chcę ciągle machać nią po całym biurku. ;)

I wpadłem na coś, co bardzo chciałbym zobaczyć. Rok temu pisałem o ciekawym wynalazku mogącym ułatwić nawigację we wszystkich urządzeniach w których potrzeba precyzji, Slidepadzie. Pisałem, że dla mnie to ideał. Teraz chciałbym do tego ideału dorzucić to, co proponuje się użytkownikom w kwestii urządzeń dotykowych. Gdyby całą powierzchnię Slidepada wykorzystać tak, jak zrobiło to Apple w Magic Mouse, opracować lepszy sterownik, dający większe możliwości konfiguracji miałbym w końcu coś, co pozwoli mi wygodnie pracować przy komputerze. Slidepad eliminuje jedną z większych wad Magic Mouse - nie trzeba go przesuwać, żeby poruszać kursorem, więc jak już tak sobie stoi na biurku, można by przecież bez większych problemów wykonywać na nim nawet skomplikowane gesty czterema palcami. ;) I to by było dopiero coś.

Co po filmach poklatkowych?

Niewątpliwie od jakiegoś czasu mamy modę na filmy robione metodą zdjęć poklatowych. Ustawia się aparat fotograficzny w miarę nieruchomo i robi zdjęcia ruszającym się przedmiotom. Na koniec wszystkie zdjęcia wyświetla się jedno po drugim, co oczywiście jest poniekąd definicją filmu. To, co wyróżnia taki styl, to widoczne przeskoki między kolejnymi klatkami, jednak całość wygląda dużo lepiej niż mogłoby się wydawać i zdecydowanie ma coś w sobie.

Drugi sposób robieni a filmów tą metodą, to przesuwanie przedmiotów, które filmujemy, co później, po połączeniu zdjęć w film, sprawia wrażenie, że nagrywane rzeczy poruszały się same.

W ten sposób tworzą amatorzy, pasjonaci jak i wielkie agencje reklamowe. Co zadecydowało o popularności tej metody? Pewnie dostęp do cyfrowych aparatów fotograficznych, które są już prawie standardem w wielu domach (i pewnie dlatego sam jeszcze żadnego nie posiadam…). Te potrafią robić zdjęcia w dużych rozdzielczościach, dzięki czemu nie jest problemem zmontowanie ze zdjęć filmu HD, bogatego w szczegóły (odpowiednio dobre kamery kosztują znacznie drożej). Do tego możliwość manipulowania przedmiotami w taki sposób, aby sprawiać wrażenie, że poruszają się bez ingerencji autora daje w rezultacie bardzo ciekawy efekt.

Tyle, że ta moda nie może trwać wiecznie. Kolejnym etapem może być kręcenie standardowych filmów z wykorzystaniem aparatów cyfrowych (zamiast kamery). Do tej pory funkcja nagrywania filmów w tych urządzeniach była raczej dodatkiem, najczęściej marnej jakości. Powoli się to zmienia i nawet tańsze modele aparatów potrafią nagrywać dobrej jakości filmy. Wydaje się, że Canon może zapoczątkować modę na nowy styl, który znów przez jakiś czas będzie dominował w mediach.

Tak, to wszystko zostało nakręcone przy użyciu aparatu fotograficznego. Postęp technologiczny jest ogromny. Do tego stopnia, że sam aparat dorobił się przystawek ułatwiających operowanie nim jak kamerą.

Wiadomo – konkurencja nie będzie chciała zostać w tyle, dlatego wydaje mi się, że szybko możemy spodziewać się rozwoju funkcji nagrywania filmów w aparatach. Zaczynając od tych z górnej półki oczywiście, by dotrzeć do popularniejszych modeli i w końcu kompaktów. Biorąc pod uwagę postęp technologii stanie się to dużo szybciej niż się może pozornie wydawać. Strzelam, że za trzy lata będzie można kupić aparat ze średniej klasy cenowej robiący filmy nie gorsze niż kamery cyfrowe. Brzmi zachęcająco, prawda?

Coraz więcej stron mobilnych

Ostatnio spędzałem dłuższy (niż zwykle) okres bez komputera, ale z iPhonem, więc i z Internetem w kieszeni (WiFi w zasięgu oczywiście). Przeglądałem tylko kilka podstawowych stron dla zabicia czasu i zostałem cholernie zaskoczony, że spora część z nich oferuje wersje mobilną!

I tak, na mojej liście stron-zabijaczy czasu był Twitter, Facebook (z dość ubogą funkcjonalnie stroną mobilną), deviantART (genialnie dostosowuje się do iPhone), Google Reader (wygląda i zachowuje się lepiej niż wersja standardowa) i Flickr.

Taka lekka wersja to sama przyjemność korzystania. Ba! Często strony tworzone dla urządzeń przenośnych wyglądają lepiej niż wersje pełne. Trend tworzenia wersji dostosowanej do urządzeń przenośnych pewnie istnieje już jakiś czas, ale wcześniej nie miałem okazji sprawdzić na własnej skórze jakie to daje możliwości i jak ułatwia przeglądanie zasobów za pomocą mniejszych urządzeń.

Jednocześnie po przejrzeniu kilku stron oferujących taką funkcjonalność naturalne było sprawdzenie głównej Joggera, czy Wikipedii, gdzie wersji mobilnej już nie ma. Od razu da się to zauważyć i taki brak zaczyna doskwierać.

Postanowiłem więc, że od dziś wszystkie moje projekty będą oferowały możliwość przeglądania ich zasobów przez stronę dla urządzeń przenośnych. Od bloga zaczynając, na komercyjnych projektach kończąc (o ile zleceniodawca się zgodzi, nawet bez obciążania go kosztami). To po prostu jest zbyt wygodne, żeby czekać aż spopularyzuje się samo.

(Blog już jest jako-tako dostosowany (chociaż nie rozgryzłem jeszcze wszystkich dziwactw Safari), choć pełną funkcjonalność osiągnie dopiero, gdy zdecyduję się przepisać kod na nowo.)

Dual Screen chyba nie dla mnie

Kilka tygodni temu miałem okazję wypróbować pracę na dwóch monitorach. Jeden to mój dwudziestocalowy, panoramiczny Dell, drugim był "kwadrat" Samsunga takiej samej wielkości. Może nie jest to specjalnie dobre połączenie wielkościowo, ale mogłem przekonać się chociaż jak pracuje się na zestawie wieloekranowym.

Przede wszystkim – jeśli ktoś ma w planach zaopatrzenie się w drugi monitor – postarajcie się dobrać wielkości. Opcje są dwie: albo dwa takie same monitory, albo też jeden mniejszy i postawiony w pionie (PIVOT). Czasem różnica wielkości bywa irytująca. Dodatkowo monitory powinny być parametrowo identyczne. Od jednego producenta, na jednej matrycy. Cokolwiek robiłem z ustawieniami, nie dało się uzyskać takiego samego nasycenia kolorów czy jasności. (Jednocześnie zauważyłem jak ułomne są matryce TN w porównaniu do tej siedzącej w Dellu.)

Pierwsze co mi przeszkadzało w takim zestawie, to utrata lekkości jaką dają monitory bez kineskopów. Dwie duże ramki na biurku sprawiają dużo bardziej przytłaczające wrażenie. Żeby wyglądały dobrze trzeba mieć faktycznie odpowiednio duży pokój, albo chociaż odpowiednie miejsce na taki zestaw (mój monitor stoi naprzeciwko okna, więc dwa zasłaniały mi widok całkowicie).

Pomijając wszelkie kwestie techniczne (bo te w końcu zależą od gustu i możliwości) przechodzę do sedna sprawy – jak pracowało mi się na dwóch monitorach? Bez głębszego zastanawiania się – ani lepiej, ani gorzej. Jasne, fajnie otworzyć sobie okno przeglądarki po lewej, a kod strony po prawej i mieć aktualny podgląd na to, co się robi. Całkiem dobrze też z jednej strony umieścić sobie podręcznik z matematyki, a z drugiej kalkulator i zadania. Można też na wierzchu trzymać mockup strony i na drugim monitorze pracować nad szczegółami…

Tyle, że równie dobrze mi się pracowało naciskając ALT + TAB i przełączając się w ten sposób między oknami. Autentycznie nie zauważyłem jakiegoś dużego potencjału drzemiącego w tak dużej powierzchni roboczej, a wrażenie otaczania mnie przez system z każdej strony pozostawało cały czas, co wcale w pracy i skupieniu się nie pomagało.

Więc wolę swój pojedynczy, lekki monitor, który nie zasłania mi całego świata, a w zupełności wystarcza do pracy i rozrywki w niczym mnie nie ograniczając. Chętnie zdecydowałbym się na powiększenie powierzchni, ale kupując po prostu większy monitor. Na drugi raczej się nie zdecyduję. Chyba, że w końcu znajdę możliwość przeprowadzenia się na swoje i będę dysponował odpowiednim miejscem do ustawienia takiego zestawu.

Zarządzanie kontaktami na wielu platformach?

Rozglądam się wokół siebie. Po lewej leży telefon, na monitorze odpalony komunikator i program pocztowy. Wszystkie posiadają swoją bazę kontaktów. Spora część wpisów pokrywa się na wszystkich trzech "platformach". A gdyby tak móc je odpowiednio synchronizować w taki sposób, żebym nowe kontakty i ewentualne zmiany wprowadzał tylko w jednym miejscu, a wszelkie pozostałe urządzenia i programy aktualizowały swoje listy na bieżąco bez mojej ingerencji? Zachciało mi się sprawdzić, czy w tej chwili jest to możliwe bez jakiegoś specjalnego kombinowania.

Na początek musiałem wybrać sobie główną bazę danych z którą będę synchronizował całą resztę. Najbardziej oczywistym rozwiązaniem wydaje się Microsoft Exchange. Tyle, że system ten wydaje się ociężałą, przeładowaną kobyłą, w dodatku niezbyt prostą do utrzymania i – przede wszystkim – skierowaną głównie dla firm w których ktoś będzie się tym zajmował. Do tego – mimo popularności – część aplikacji nie wspiera Exchange, a jeśli wspiera to w dość ograniczony sposób.

Poza Exchange znajdzie się oczywiście jeszcze kilka podobnych systemów jak Lotus Domino Server czy Novell GroupWise, jednak to wciąż ta sama liga. Wybrałem więc Google Contacts – za lekkość i prostotę, a przede wszystkim – za popularność wśród zwykłych użytkowników. Bo taka popularność daje nadzieję na coraz lepsze wsparcie ze strony twórców oprogramowania.

Stworzyłem więc księgę kontaktów wpisując wszelkie dostępne mi dane. Pierwszy problem to brak pola na numer Gadu-Gadu czy JabberID. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby takowe sobie dodać ręcznie, prawda?

Po niecałej godzinie przeniosłem wszystkie kontakty na serwery Google. (Tak, teraz Google wie kogo znam!) ;) Kolejny krok to synchronizacja tego wszystkiego z iPhone, Thunderbirdem i Mirandą. Z tym pierwszym miałem najmniej problemów. Google udostępnia usługę Google Sync pozwalającą synchronizować dane z rozmaitymi urządzeniami mobilnymi. Tyle, że usługa jest jeszcze świeża i czasami działa dość nieprzewidywanie. Jednak społeczność Apple ma to do siebie, że często radzi sobie sama zapewniając wsparcie dla rozmaitych serwisów często lepsze niż te "oficjalne". Rozwiązań pozwalających na synchronizację iPhone z Google jest mnóstwo. Cześć działa w oparciu o Microsoft Exchange, część o API udostępniane przez twórców. Mój wybór padł na najbardziej wygodny, najszybciej rozwijający się i najbardziej stabilny serwis NuevaSync. Całość to również serwer Exchange, jednak doskonale radzący sobie z przetwarzaniem danych Googla.

Na początku ogromnym problemem było to, że NuevaSync nie radziło sobie z rozpoznawaniem pól. I tak czasami np. adres miał dziwną konstrukcję, a państwo nie trafiało do właściwego pola. Ostatnio jednak twórcy wprowadzili automatyczne rozpoznawanie adresów i w tej chwili podobnych problemów nie stwierdzam. Obustronna synchronizacja z telefonem przez WiFi przebiega bez problemów, więc pierwszy krok mam za sobą.

Teraz przyszedł czas na Thunderbirda. Póki co znalazłem dwie główne wtyczki – Zindus i Google Contacts. Ta druga wydaje się mniej stabilna, więc skupiłem się na tej pierwszej. Działa naprawdę bardzo dobrze z jednym wyjątkiem – nie potrafi filtrować danych. Bo ja nie chcę mieć w programie pocztowym kontaktów nie posiadających w danych adresu e-mail. Po co mi one? Wystarczyłaby prosta funkcja filtrująca – wysłałem zapytanie do twórców. Kto wie, może się doczekamy. Dostałem odpowiedź i okazuje się, że twórcy nie planują wprowadzania nowych funkcjonalności, proponują kilka możliwości, choć moim zdaniem wszystkie kiepskie. Póki co darowałem sobie więc synchronizację i przepisałem listę kontaktów ręcznie…

Ostatni krok to synchronizacja z komunikatorem. Używam Mirandy i liczyłem, że wśród tych tysięcy pluginów znajdę coś, co zapewni mi podobną funkcjonalność. Przeliczyłem się jednak grubo. Oczywiście – Google samo umożliwia coś na wzór synchronizacji kontaktów z Google Talk. Tyle, że ja używam innego serwera, a do tego posiadam na swojej liście kontakty MSN i Gadu-Gadu. Czyli – nie da się.

Wyszło na to, że tylko iPhone radzi sobie z synchronizacją. W tej chwili ciężko mi to zrozumieć – w końcu Google udostępnia niezłe API, jest popularnym serwisem, więc teoretycznie powinno już istnieć mrowie pluginów do Thunderbirda i Mirandy zapewniających synchronizację na odpowiednim poziomie. Czy nie mieliśmy przypadkiem iść w kierunku Cloud Computing? ;)