THePETEBOX
…czyli pierwszy beatbox, którego mogę słuchać na co dzień. Wcześniej traktowałem bardziej jako ciekawostkę, ale album Future Loops budzi we mnie mnóstwo pozytywnych odczuć.
Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.
…czyli pierwszy beatbox, którego mogę słuchać na co dzień. Wcześniej traktowałem bardziej jako ciekawostkę, ale album Future Loops budzi we mnie mnóstwo pozytywnych odczuć.
Have All
I nie chodzi mi o to, że to coś wielkiego. Wiem, że czasami fałszuję, a innym razem dobieram dźwięki, które zupełnie do siebie nie pasują. Chodzi o to, że za pomocą kilku aplikacji na iOS mogłem stworzyć coś takiego. Nie mając doświadczenia w grze na instrumentach i w ogóle w tworzeniu muzyki.
I nawet jeśli nie zostanę przez to uznanym artystą, to przecież mogę samemu tworzyć proste dżingle albo podkłady do animacji. IMO w tym właśnie siła iOS – to takie pudełko kreatywności. Drogie pudełko, ale w środku siedzi mnóstwo możliwości w każdej dziedzinie. (Co prawda iPad byłby w tym dużo wygodniejszy niż mały iPhone.)
Rzadko się zdarza, żeby podobało mi się pół albumu, a drugie pół kompletnie nie. Właściwie nie zdarzyło się aż do teraz.
O Lanie del Rey usłyszałem przy okazji premiery Born to Die, jeszcze przed nakręceniem teledysku. Później zacząłem przeglądać dyskografię i na pierwszy rzut oka nie było tam nic ciekawego. Jednak było. Łącznie siedem perełek, które wydaje mi się, pasowałyby do dobrego filmu noir. Siedem perełek, które mogą być zwiastunem świetnego albumu. Ja czekam.
Ostatnio próbowałem przełamać swoją niechęć do nagrań z koncertów odsłuchując całą kolekcję live’ów jakie wydali Dave Matthews Band. Jest tego jakieś 36 płyt i są niezłe. Fajnie usłyszeć znajome kawałki w innych aranżacjach, a jest też sporo utworów, które nigdy nie znalazły się na studyjnych albumach.
Albumy Beirut są dla mnie jak dorosłe wersje tego, co wykonuje Mesita. Miejscami trochę bardziej orientalne, ale cały czas bardzo intensywne i bogate. Mam wrażenie, że przewija się tam mnóstwo instrumentów naraz. Na pierwszy rzut oka sprawiają może wrażenie chaotycznych, ale w gruncie rzeczy składają się na zgraną całość.
Krążyły pogłoski, że po wydaniu drugiego albumu duo Danger Mouse i Cee Lo Green nie zejdą się ponownie, żeby nagrać coś razem. Okazuje się, że jednak spróbują i w następnym roku dostaniemy nowe utwory. I bardzo dobrze, bo tak intensywnej i starannie zaplanowanej muzyki nie jest dużo.
W jednej chwili dostajemy powolny i charakterystyczny głos wokalisty, a za chwilę tempo zmienia się, dochodzi głęboki bas i jeszcze chórek w tle. I tak z każdym utworem, nie ma słabszych. Równie dobrze mogłoby to być 27 singli i każdy miałby swoją osobowość.
Kojarzą mi się z odświeżoną wersją muzyki lat… hmm… może sześćdziesiątych. Właściwie to mam wrażenie, że pisząc utwory starają się zrobić wszystko, żeby całość wyglądała trochę jak muzyka tworzona przez grupkę przyjaciół, którzy w słoneczny dzień zbierają się na murku przy osiedlu domków jednorodzinnych i po prostu sobie razem śpiewają, a czasami powygłupiają. I to jest fajne.
Teoretycznie to jest folk, chociaż ja dostrzegam nutę post-rocka (we wszystkim dostrzegasz nutę post-rocka
). Brakuje im trochę precyzji, bo dźwięki spajają się zbyt mało wyraziście, ale zdecydowanie mają swoje momenty. Zobaczymy co przyniesie nowy album.
Właściwie to poznałem tylko soundtrack do Trona i trochę (niezłych) coverów. A sam soundtrack jest przecież perfekcyjny. I co z tego, że film był (tylko) rozbudowanym teledyskiem, skoro wszystkim nam się tak na prawdę podobał, prawda?
Kasabian zacząłem słuchać jak tylko zespół powstał w 1999, ale po jakimś czasie znudziłem się ich propozycją na tyle, że wylecieli z mojej biblioteki muzycznej. Nie sądziłem nawet, że po pierwszym albumie uda im się tak bardzo poprawić, bo każdy kolejny jest coraz lepszy. West Ryder Pauper Lunatic Asylum jest jedną z najlepszych płyt tego gatunku jaką miałem okazję usłyszeć. Do cna wielbię Thick as Thieves.
Mistrzostwo świeżego brzmienia z genialnym głosem wokalisty i przefajnymi tekstami. Jeden z tych albumów, który od początku do samego końca wciąga i dyktuje jak będziesz się czuł przez następne kilka godzin. Melancholia.
Wydaje mi się, że James Blake swoim pierwszym albumem narobił dużo zamieszania. Nie znam się na dubstepie i nie śledzę tego świata, ale jeśli trafiłem na ten album, to znaczy, że udało mu się wybić ze swojej niszy. To bardzo melodyjne (!) utwory, powiedziałbym, że zakrawają nawet na muzykę soul, a przy tym cały czas czuć to elektroniczne brzmienie. Głos wokalisty też brzmi świetnie.
Bardzo bym chciał, żeby w następnym albumie Blake poszedł w stronę większego wykorzystania instrumentów klasycznych, jak na przykład w Wilhelms Scream.
Dużo czasu upłynęło od kiedy mogłem ostatnio spokojnie zająć się swoją biblioteką muzyczną. Od lutego przesłuchiwałem kolejno całą swoją kolekcję, sprawdzając jednocześnie czy międzyczasie któryś z moich ulubionych wykonawców nie wydał nowego albumu. Trochę się tego jednak nazbierało. Z nowymi wydaniami jest tak, że bardzo często kręcimy nosem, że to już nie to samo. Siła przyzwyczajenia do tego, co już znamy jest tak wielka.
Jaki jest nowy album? Znów – nie tak dobry jak pierwszy. Ale i tak bardzo dobry, cały czas słyszymy tę manierę w głosie Aleli, a akompaniujący jej zespół dobrze wczuł się w jej styl. Jest trochę bardziej kolorowo, być może bardziej rozrywkowo, ale na szczęście ciągle nie popowo. Ciężko mi jednak znaleźć chociaż jeden charakterystyczny utwór z tej płyty, który zapadł by w pamięć. Chociaż może Heartless Highway…
Gdybym miał wskazać najbardziej dopracowaną płytę z całego tego zestawienia, wskazałbym właśnie Puzzle. To nie do końca dobrze, bo jednak pewna doza błędu i dowolności jest w muzyce potrzebna. Tymczasem Amiina na najnowszej płycie prezentuje idealnie skrojoną muzykę, gdzie każdy dźwięk wtapia się w ten rygorystyczny plan, w którym nie miejsca na improwizację. Trochę mnie to zaskoczyło, bo to raczej nietypowe dla Islandzkiego stylu, ale mimo wszystko płyty słucha się bardzo przyjemnie.
Pierwsze zdziwienie – tam siedzi coś więcej niż tylko gitara. Chwilka… skrzypce? Dziwne. Dla mnie skrzypce i dźwięk gitary klasycznej nie idą raczej w parze, dlatego też średnio podobają mi się utwory, w których występują obok siebie. Cały album z resztą jest dość średni, brakuje charakterystycznych utworów, którymi poprzednie wypełnione były po brzegi. Trochę szkoda.
De Barra zdecydowanie trzyma poziom. To znów klimatyczne, przepełnione przesłaniem i osobiste utwory doprawione bardzo dobrym smakiem muzycznym i świetnym głosem. Być może trochę mniej smutne w przekazie.
Swoją drogą, autor jest dość aktywny na Facebooku jak i na swoim blogu.
Nowe dzieło Efterkland jest całkiem inne niż wcześniejsze wydania. Jednak całkiem pozytywnie inne. Prostsza forma, powiedziałbym nawet, że wcześniej widziałem tu inspirację Sigur Rós i może którymś z zespołów najnowszego nurtu post rocka, a teraz widzę mieszankę tego wszystkiego z Massive Attack albo Portishead. Może to porównanie trochę na wyrost, ale jeśli takie miałem pierwsze skojarzenie, to coś w nim musi być. ;)
W przypadku Giant Sand mam wrażenie, że kolejne albumy to po prostu ciąg kolejnych piosenek. Nie umiem dostrzec zmiany stylu, wzlotów ani upadków. Ich nagrania to jeden długi ciąg takich samych stylem utworów, których w większości nie jestem nawet w stanie przyporządkować do roku wydania. Nie żeby to było coś złego – zawsze wiesz co dostaniesz na płycie.
Jeśli chodzi o Have One on Me, jestem pod wielkim wrażeniem. Wcześniejsze albumy to raczej minimalizm i harfa, ale gdyby go kontynuować w tak bezpośredniej postaci, szybko wyeksploatowano by tę świeżość nagrań. Tymczasem Joanna Newsom zaprosiła kilku instrumentalistów i powstał na prawdę ciekawy album. Już nie tak surowy jak poprzednie, z nie aż tak wyraźnym głosem wokalistki, ale nad wyraz przyjemny.
Nie wiem co się stało z fryzurą Kate, ale pod względem tworzonej muzyki na szczęście niewiele się zmieniło. Jest wesoło, bogato i w starym dobrym stylu. Część nagrań mogliśmy usłyszeć już wcześniej na koncertach albo mniejszych wydaniach, natomiast nowa część znów jest różnorodna (łącznie z I Just Love You More, które brzmi jak utwór Yeah Yeah Yeahs). Dobry album, bardziej eksperymentalny, ale mniej wyrazisty niż poprzedni.
Powrót po siedmiu latach nieobecności na scenie i po marnym 100th Window. Moim zdaniem – świetny powrót. Całość jest posępna, odrobinę baśniowa i od samego początku powoli porywa swoim neurotycznym rytmem, by prowadzić przez kolejne utwory do samego końca. Do tego całość jest utrzymana w stylu pierwszych nagrań z lat 90, a zaproszeni goście idealnie wczuli się w klimat płyty. Jeden z lepszych powrotów na scenę o jakim słyszałem.
Po drodze do Here's to Nowhere dostaliśmy jeszcze w prezencie kilkanaście fajnych utworów, które autor nagrywał z zamierzeniem umieszczenia na drugim albumie, ale które uważał w ostateczności na za słabe.
Czy nowe utwory Mesity potwierdzają optymizm, który pojawił się po przesłuchaniu pierwszej płyty? Że można samemu, od początku do końca i to w bardzo dobrym stylu, własnym stylu. Potwierdzają, dla mnie to już jest w pełni dorosłe nagranie. Do pobrania na oficjalnej stronie.
Tytuł albumu to raczej kiepskie zalecenie, bo większość piosenek na płycie skonstruowana jest tak, że ciężko byłoby je śpiewać nawet po zaznajomieniu się z nagraniami. ;) Jest to też chyba najbardziej „muzyczny”, melodyjny album islandzkiej grupy, choć cały czas w duchu jaki już znamy, w duchu Islandii. Cały czas bawią mnie teksty w utworach. :D
Przy pierwszym przesłuchaniu byłem zdecydowanie na nie. Byłem zdezorientowany do tego stopnia, że nie byłem pewien czy to dalej covery. Tak, to są covery, ale już nie tak dobre jak wcześniej. Pierwsze dwie płyty zachęcały… jeśli nie do tańczenia (bo się nie umie), to przynajmniej do śpiewania. Te nowe są dość nijakie, uciekło trochę magii. Z wyjątkami oczywiście (Master & Servant, All My Colors). Jest tu też trochę country, czego wcześniej nie doświadczyliśmy, a do tego utwory są wykonywane w duecie z oryginalnymi wykonawcami.
To taka ulepszona wersja poprzedniego Sunshyness, bardziej do słuchania niż do umieszczenia jako tło w reklamach. ;) Przez co pewnie nie osiągnie tak dużo jak poprzednik, ale za to bardzo przyjemnie się słucha. I nawet ciężko byłoby mi wskazać słabsze utwory.
To jest cholernie smutne. Moja pierwsza myśl to przesłuchaniu. Jednocześnie, jeśli tylko pozwolimy, wciąga maksymalnie gdzieś w tej swojej melancholii. Całkowicie zasłużone brawa za ten album i kontynuację w postaci EPki While the Fire Dies. Przy słuchaniu cały czas mam wrażenie, że twórcy chcieli nam coś przekazać. Choć nie mam pojęcia co…
Gdzie jest ten cholernie charakterystyczny początek w każdym pierwszym kawałku na kolejnych płytach? Nie ma, ale poza tym Muse jest w świetnej formie. Od samego początku czujemy klimat połączenia lat 80 z nowoczesnością (taki był zawsze mój odbiór Muse) i tę podniosłość, patos. To jest muzyka, która mogłaby towarzyszyć mi gdybym miał rzucić się do walki jako jeden mały pionek w wielkiej armii. Zdecydowanie, kiedy ci panowie wykonują swoje utwory, to ja im wierzę całkowicie. Nawet ta, z pozoru, dziwna symfonia na końcu ma coś w sobie.
Chociaż może łatwiej byłoby opisać gdzie tej całej muzyki znaleźć się nie da. ;) Prawda jest taka, że będąc użytkownikiem sieci natykamy się na rozmaite utwory bez przerwy. Nawet oglądając głupie filmiki na YouTube i filmy na Vimeo. Często utwór w tle będzie lepszy niż samo nagranie. Trzeba mieć uszy szeroko otwarte. I umyte. I w razie czego drążyć, pytać i szukać. Jeden wykonawca, który swoją muzyką do nas trafi, wart więcej niż trzystu przypadkowych, których usłyszymy w radiu.
Kiedyś jednym z pierwszych komentarzy pod popularnymi nagraniami było anyone knows what music plays in the background?
Teraz twórcy pamiętają już o tym, żeby taką informację umieścić choćby w opisie, a YouTube dodało nawet specjalne pole odsyłające do sklepu w którym możemy dany utwór kupić.
falling asleep) albo wybrać z listy najpopularniejszych.
Hyped,
Covered,
Classic,
Remixed,
Loved).
Jonas Eriksoon: Synthesizer 76 (2010)
Najładniej wyglądająca aplikacja dla iPada, zaprojektowana przez Jonasa Erikssona.
Ostatnio intensywnie pochłaniam wszystko co związane z tworzeniem muzyki. Ciekawią mnie wszystkie te urządzenia z mnóstwem kontrolek, diod i przycisków. Do tej pory nie miałem z nimi styczności, więc jedyne co mi się w nich podobało, to właśnie wygląd. Nie znałem (i dalej dopiero poznaję) zastosowania. Synthesizer 76 to próba przeniesienia jednego z takich pięknych urządzeń na iPada. Czy da się przenieść sprzęt stworzony do jakiegoś konkretnego celu w tworzeniu muzyki w całości na komputer, tablet czy telefon i zachować przy tym jego funkcjonalność i jakość? O tym nie mam pojęcia. Na pewno dla muzyka–amatora będzie to wystarczające narzędzie. A przy takim designie można tylko chylić czoła.