second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Tucano Finatex Small

Tucano Finatex Small

Dobrej torby nic nie zastąpi. Co prawda laptopa (jeszcze) nie mam, ale kiedyś na pewno będzie mi potrzebny. Póki co potrzebowałem po prostu torby, a w razie czego do Finatex Small wchodzi nawet siedemnastocalowy laptop (wystaje trzy centymetry) i kilka zeszytów w twardej okładce.

Finatex Small wygląda na małą, ale miejsca w niej dużo. Pod warunkiem oczywiście, że nie chcemy nosić rzeczy szerokich, bo do tego kompletnie się nie nadaje. 760-stronicowe Listy Tolkiena ledwo wchodzą, rozpychając torbę tak, że do dwóch bocznych kieszeni ciężko się dostać.

Nosi się świetnie, nie czuje się kompletnie na ramieniu, a nawet nieźle się z nią biega, chyba przez niecodzienne przytwierdzenie pasów (jeden koniec od frontu, drugi od tyłu). Za to brakuje jej bardzo mniejszych kieszonek w środku. Jest tylko jedna na telefon. I tego mi bardzo brakuje, fajnie byłoby mieć choćby miejsce na długopis.

Za to fajnym bajerem jest możliwość poprowadzenia kabla od słuchawek wewnątrz paska. Szkoda tylko, że otwór jest tak nisko – 4 cm wyżej i kabel w ogóle by się nie majtał.

Ogólnie – torba świetna i bardzo dobrze wykonana. Nawet zamki chodzą leciutko (a jeden jest ułożony w dość skomplikowany sposób). Jedna uwaga – kolor „kawowy” jest w rzeczywistości zielony. Przynajmniej u mnie. :P

Włodek Markowicz i Karol Paciorek lekko stronniczo o społecznościach

Włodek Markowicz i Karol Paciorek lekko stronniczo o społecznościach

Fajny prztyczek w nos kilku popularnym blogerom, których ego rozrosło się do tego stopnia, że postrzegają czytelników jako zbędny dodatek do ich genialnych treści. ;)

Kojarzę jedną istotną różnicę w tworzeniu stron kiedyś i dzisiaj. Jak zaczynałem i prosiłem o opinie, zawsze mówiono mi, żebym się nie przejmował i tworzył dla siebie. Jeśli mi się podoba to jest dobrze. Kiedyś. Dzisiaj chyba już wszyscy wiemy, że to nie ma dużego sensu, bo tworzymy dla innych, więc musimy ich słuchać i z nimi rozmawiać.

I dlatego od redesignu na początku roku nie śpię po nocach kombinując jak poprawić czcionkę, żeby całość dalej wyglądała tak spójnie jak teraz i dała się lepiej czytać. ;)

Steve Jobs (1955 – 2011)

Zwykle mnie takie rzeczy nie ruszają. Ludzie umierają. Im są sławniejsi, tym więcej reakcji w sieci. W tym wypadku umarł ktoś, na kim mogłem się wzorować od jakichś dziesięciu lat, a mi jest cholernie przykro. Nie dlatego, że podziwiałem charakter Steve’a, bo przecież go nie znałem. Dlatego, że to, co tworzył inspiruje mnie do działania. Od sposobu powstania Apple, przez wszystkie problemy i to jak sobie z nimi radził w swoim buntowniczym uporze, aż do sprawowania kontroli nad każdym drobnym elementem dużej korporacji.

Przykro mi też, bo nie wierzę, że bez Steve’a Apple pozostanie takie samo. Gdyby fotel CEO zajął Jonathan Ive, byłbym wniebowzięty, ale tak się niestety nie stało. Jestem skłonny uwierzyć, że Ive dostał nawet propozycję, ale odmówił. Jeśli dobrze wyczułem jego charakter, zrobił tak bo jest designerem i chce zajmować się tym, co lubi, zamiast negocjować warunki z dostawcą kabli do iPhone.

Ruszyła mnie też to, co zrobił Grzegorz Marczak na AntyWeb. Niby ma nie być nic o Jobsie, a są już dwa wpisy. Jak się nie chce mówić o danym temacie, to trzeba się po prostu zamknąć, a nie ogłaszać światu jacy to wszyscy inni są na pokaz, poprzedzając zresztą to wszystko wypowiedzią na temat samego Jobsa.

Myślę, że dla nas, designerów, wszystko co osiągnęło Apple przy udziale Jobsa jest poniekąd fundamentem wykorzystywanej wiedzy. Obok Dietera Ramsa, albo Massimo Vignelliego to właśnie Jobs staje się nowym „klasycznym projektantem”. I dla nas jego odejście oznacza jedno – nie będziemy mieli okazji nauczyć się nic więcej. I nie ma tu znaczenia medialna szopka, którą widzą pewnie tylko niektórzy. Nam jest na prawdę szczerze żal. Wszyscy też jesteśmy świadomi, że przecież Jobs miał setki pomocników i na pewno nie robił nic samemu. Tyle, że to on dokonywał odpowiednich wyborów i pokazywał kierunek rozwoju. To on był na tyle odważny, żeby w NeXT pierwszy raz olać standardowy wygląd sprzętu i robić coś ładnego.

Dla nas to jest ważne, bo straciliśmy jedno z większych źródeł inspiracji. Bo niby jak w świecie, w którym nie ma miejsca na piratów, pozostać piratem, jeśli nie tak jak Jobs?

Pięknie nakręcone przepisy kulinarne

Tiger in a Jar

Duet Tiger in a Jar nakręcił dwa piękne przepisy kulinarne. Są wyjątkowe dzięki kolorystyce, kadrom jak i dlatego, że główną rolę pełnią składniki, a nie jakiś tam kucharz. ;-) Chętnie zobaczyłbym stronę z przepisami utrzymaną w takim klimacie, bo jak do tej pory wszystkie powielają ten sam schemat.

Zaobrączkowali mnie na koncercie

Pozytywne Wibracje: Opaska

Z reguły na koncerty nie chodzę, ale dzięki uprzejmości jednego z moich pracodawców, dostałem wczoraj dwa bilety na Pozytywne Wibracje, więc i na koncert się wybrałem. Był całkiem fajny, ale ja nie o tym.

Dla stałych bywalców to pewnie żadna nowość, ale mnie zirytowało to wystarczająco, żeby napisać krótką notkę. ;) Chodzi mi o opaski, które dostaje się jako przepustkę. Pokazujesz bilet, zakładają ci opaskę i dzięki temu możesz sobie latać po terenie koncertu. Problem w tym, że festiwal trwa dwa dni. Po pierwszym uznałem, że mi już wystarczy i na drugi się nie wybieram, więc mógłbym komuś swoją wejściówkę odstąpić. Tyle, że takiej opaski nie można zdjąć i jej komuś oddać bez uszkodzenia, a to jest warunek wejścia. Raz, że muszę przetrzymać jeden dzień w obrączce, do kolejnych koncertów (to jestem w stanie znieść), a dwa, że mój bilet na drugi dzień teoretycznie przepada.

Oczywiście da się tę marną opaskę zdjąć i założyć ponownie tak, że praktycznie tego nie widać, ale nie o to w końcu chodzi. Rozumiem też, że organizatorzy chcą się jakoś zabezpieczyć, ale – dokładnie tak, jak przy oryginalnych płytach z filmami – z góry traktuje się mnie jak złodzieja i oszusta. Jak dla mnie to przegięcie.

BTW. jeśli ktoś chce dwie wejściówki na Golden Circle, to chętnie oddam. Będzie tylko musiał użyć jakiegoś kleju szybkowiążącego, żeby przykleić guziczek od zapięcia.

Apple Special Event, Czerwiec 2011

Steve Jobs przed radą miejską Cupertino

Przede wszystkim – samo WWDC wydaje się być niezłym biznesem. Bilety zostały wykupione tak szybko, jak się pojawiły. Nie dziwne więc, że Apple chce wybudować nowy kampus na którym znajdzie się miejsce do organizowania wydarzeń tego typu. Podziwiam ich za to, że faktycznie znajdują na świecie najlepszych ludzi do danej roboty. Bardzo mi się podoba ten okrągły projekt budynku i zalesienie kampusu. Warto zaznaczyć, że będzie on miał własne źródło zasilania. Mówi się o bardziej ekologicznych rozwiązaniach, zobaczymy jak to będzie w praktyce. Myślę, że to może być przyszłość – pojedyncze firmy lepiej sobie poradzą z rozwojem energetyki, bo potrzebują pewnego i taniego źródła energii, a przy tym wyglądającego ekologicznie, czyli korzystnie w oczach świata. Prędzej czy później każda większa placówka będzie produkować własny prąd.

Co będzie zaprezentowane podczas samej konferencji było mniej-więcej wiadomo. Bałem się trochę o OS X, ale wygląda na to, że rozwija się w dobrym kierunku. Powiedziałbym, że to, co zobaczyliśmy jest jeszcze trochę niedopracowane, ale ogólnie rzecz biorąc jest dobrze. Przypomina mi to wszystko trochę podejście jakie opisywałem jakiś czas temu. Praca na fullscreenie sprawdza się, ale tylko w niektórych aplikacjach, dlatego trzeba być ostrożnym przy projektowaniu tego typu softu.

Gesty w systemie to mistrzostwo świata. Cały czas narzekam na to, że myszka jest okropnym narzędziem do sterowania systemem, ale Apple stara się całość zrobić trochę przyjaźniejsze. Powiedziałbym nawet, że gładzik zaczyna wyglądać w pracy lepiej niż myszka. Fajnie, że można go dokupić oddzielnie nawet do stacjonarnego komputera. Mission Controll to dla mnie porażka. Spaces i Exposé były idealnie proste, minimalistyczne i działały pięknie. MC jest chaotyczne i przeładowane. Zapisywanie stanu w programach po zamknięciu to świetna sprawa. Jedna rzecz, o której trzeba pamiętać, mniej. Automatyczne zapisywanie i wersjonowanie też jest fajnie, aczkolwiek dla mnie wykonane trochę zbyt topornie. Przesyłanie plików P2P jest świetne. Mam teraz w domu cztery komputery i przesyłanie między nimi plików to dalej koszmar. Najłatwiej po prostu zgrać na oddzielny nośnik. Fajnie, że Apple zrobiło coś prostego. Programy dołączane do systemu też rozwijają się w fajnym kierunku.

Chciałbym jeszcze zobaczyć moment, w którym będzie można zakupić goły system i dopiero później pobierać do niego oprogramowanie, te które dzisiaj jest dołączane z systemem. Przy Mac Store nie odstraszałoby to użytkowników, a dzięki czemu system byłby wolny od niepotrzebnych rzeczy i mniejszy w objętości.

To samo chciałbym zobaczyć na iOS. Z części domyślnych aplikacji nie korzystam, a tymczasem Apple dowala tam kolejne rzeczy. I to w dość paskudny sposób, bo powielając oprogramowanie dostępne w App Store. Drogie Apple, jeśli chcesz produkować kolejne programy, to wystartuj w App Store/Mac Store na równych prawach z konkurencją. Wybierzemy najlepsze. iOS staje się trochę przeładowany. Nie bez powodu siedzę dalej na wersji 3.1.3, która jest ostatnią z tych lekkich. Nie podoba mi się również nowy system powiadomień. Wygląda jak z Androida i kompletnie odstaje stylem od reszty systemu, stać ich na więcej. Integracja z Twitterem to dla mnie też kolejne obciążanie systemu. Raz, że nie każdy z niego korzysta, a dwa – dlaczego tylko Twitter? Rozumiem, że może to forma bojkotu konkurencji. Wolałbym zamiast tego zobaczyć raczej jakiś system pluginów, którymi można by rozszerzać funkcjonalność systemu. Odcięcie kabla, synchronizacja i backup przez WiFi to fajny bajer, ale dla mnie tylko bajer. Kto faktycznie często synchronizuje telefon? Ja ostatnio robiłem to jakieś pół roku temu. Za to iMessages (trochę marna nazwa) jest przefajne – darmowe SMSy.

iCloud jest… takie sobie. To znaczy… jest świetnym udogodnieniem, ale to wszystko już było. Dla mnie to, mimo wszystko, cały czas taki DropBox, chciałem coś więcej. Do tego synchronizacja kalendarza wygląda fajnie, ale co jeśli będziemy chcieli zajrzeć do niego z poziomu Linuxa? Synchronizacja z Google nam na to pozwoli, a z iCloud już nie? Czy tylko ja zrozumiałem, że nie będzie softu do obsługi kalendarza i maila online, a zamiast tego będzie się tylko synchronizować między klientami offline?

Patrzę na całość dość sceptycznie. OS X jest mocnym punktem, ale poza tym widzę dużą chaotyczność w działaniach Apple. Moim zdaniem to, co zaprezentowali jest trochę niedopracowane. Trochę za mało w ich stylu. Nie jest takie oczywiste i przyjemne, wymaga zastanowienia i zainteresowania. Ogólnie oczywiście nowe funkcje są potrzebne i bardzo wygodne, ale nie podoba mi się sposób ich implementacji. Zobaczymy jak będzie w praktyce.

Telewizyjni idole w sidłach show-biznesu

Potraktowano mnie przedmiotowo i szybko odwalono robotę, bo istotny był szybki zysk – wspomina w rozmowie z interia.pl Alicja Janosz, zwyciężczyni pierwszej edycji Idola z 2002 roku. Wokalistka po raz pierwszy tak szczerze opowiada o tym, co działo się krótko po jej triumfie w programie.

Zwyciężczyni pierwszej polskiej edycji Idola zwraca uwagę na przedmiotowe, a nie partnerskie, traktowanie laureatów. Wspomniane poganianie jej przez wytwórnię BMG nie jest jedynym przykładem.

Do mojego menedżera zadzwonił wynajęty przez wytwórnię obcy mi producent, który zadeklarował, że robi dla mnie płytę. Zadzwonił, żeby się dowiedzieć w jakiej tonacji śpiewam, bo przygotowywał do mnie singel. Dziś takie pytanie by mnie rozbawiło do łez, bo to kompletny absurd.

Polecam przeczytać. Dla mnie cała otoczka z wykorzystywaniem gwiazd telewizji nie ma większego znaczenia, nie moja sprawa. Ale pokazuje jedną ważną rzecz – nikomu nie potrzebne są wielkie wytwórnie muzyczne. Wszyscy wiemy, że nie lubią ich odbiorcy (głównie za ceny i niewielkie marże dla wykonawców), ale ktoś w końcu mówi wprost, że nie lubią ich artyści.

Większości pewnie brakuje odwagi, żeby spróbować samemu, ale mamy coraz więcej przykładów, że grupy, które same zajmują się swoją karierą osiągają większe korzyści niż te, które poddały się dyktaturze wytwórni. To co jeszcze pozostało na liście argumentów za istnieniem obecnego modelu sprzedaży?