Skąd Google czerpie pomysły czyli trochę o employer brandingu
Kompletnie nie skojarzyłem wcześniej działania Google ze zwykłym marketingiem. Chodzi mi o ich podejście do pracownika. Znani są z tego, że tworzą niesamowicie przyjazne warunki do pracy. Przychodzenie w piżamach, razem z psem, później darmowa kawa i po kilku godzinach darmowy obiad w restauracji z bogatym menu. Do tego ładne biura i mnóstwo rozrywek w środku, a jak już nam się znudzi granie na Xbox'ie, zawsze można zamówić masaż.
Tak to wygląda w naszych oczach. Naszych, czyli obserwatorów, patrzących na całość z zewnątrz. Wystarczy jednak zastanowić się chwilę, poszukać kilku opinii, żeby dojść do wniosku, że wcale nie jest tak różowo. Jasne – główne siedziby firmy mają fajne wyposażenie i wszystkie te dodatkowe atrakcje. Tyle, że większa część pracowników wcale nie ma do nich dostępu. Pracują w mniejszych siedzibach, lub należą do niższej kasty (pracownicy Google podzieleni są na grupy). Żółta jest tą najniższą i stanowią ją zwykli pracownicy, pozbawieni nawet możliwości wejścia do głównych budynków. Nie mamy dostępu do żadnych konkretnych danych, ale jestem przekonany, że do wszystkich bonusów jakie przysługują pracownikom, dostęp ma jakaś jedna piąta, lub jedna szósta pracowników.
To i tak dużo, prawda? Pewnie, że tak. Bo przecież reszta nie jest wcale traktowana jak w obozie pracy, tylko jak w zwykłym, rutynowym przedsiębiorstwie. Czyli chodzą do normalnej pracy, podczas gdy ta bardziej „elitarna” część świetnie się w swojej pracy bawi.
I teraz pytanie – po co to wszystko? Amerykanie wymyślili na to fajne pojęcie: employer branding
. Mówiąc w skrócie, chodzi o to, żeby w oczach potencjalnych pracowników pokazać się jako firma, która da im najwięcej. Tak, aby przyciągnąć do siebie tych najlepszych. Google stosuje więc sprytną sztuczkę marketingową, aby stworzyć sobie wizerunek firmy przyjaznej pracownikowi. I wszyscy ich za to podziwiamy.
Kiedy już najmiemy najlepszych pracowników na świecie, wypadałoby dać im zajęcie. Tylko skąd wziąć pomysły na przedsięwzięcia, w których mogliby się sprawdzić, a które pozwolą firmie zarobić? Zapytać pracowników! Zatrudniliśmy już najlepsze, najbardziej kreatywne i doświadczone umysły na świecie – przecież każdy z nich na pewno ma mnóstwo pomysłów. I dlatego właśnie Google daje każdemu pracownikowi 20% czasu pracy na rozwój własnych pomysłów. 20% czasu, które wypracowuje później firmie milionowe zyski.
W skrócie – pokażmy się jako firma bardzo przyjazna pracownikowi, a przyjdą do nas najlepsi. Dajmy im dwie godziny dziennie na rozwój własnych pomysłów i dostęp do zasobów. Nawet jeśli większość tych pomysłów nie jest wiele warta, to jeden, raz na jakiś czas, przyniesie nam świetny produkt, a co za tym idzie, duże zyski.
Pewnie nie odkryłem nic wielkiego. Po prostu trafiło we mnie w którymś momencie, że to wszystko bardzo sprytne działanie kierownictwa. Nie umniejsza to oczywiście tego, że to jedna z najlepszych instytucji dla pracownika. Ba, w chwili, w której sobie to wszystko uświadomiłem mój podziw jeszcze wzrósł. Tak sprytnie działająca maszyna to przecież niewyczerpalne źródło dochodów. A tak na co dzień, Google to i tak zwykła korporacja.