second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Skąd Google czerpie pomysły czyli trochę o employer brandingu

Kompletnie nie skojarzyłem wcześniej działania Google ze zwykłym marketingiem. Chodzi mi o ich podejście do pracownika. Znani są z tego, że tworzą niesamowicie przyjazne warunki do pracy. Przychodzenie w piżamach, razem z psem, później darmowa kawa i po kilku godzinach darmowy obiad w restauracji z bogatym menu. Do tego ładne biura i mnóstwo rozrywek w środku, a jak już nam się znudzi granie na Xbox'ie, zawsze można zamówić masaż.

Tak to wygląda w naszych oczach. Naszych, czyli obserwatorów, patrzących na całość z zewnątrz. Wystarczy jednak zastanowić się chwilę, poszukać kilku opinii, żeby dojść do wniosku, że wcale nie jest tak różowo. Jasne – główne siedziby firmy mają fajne wyposażenie i wszystkie te dodatkowe atrakcje. Tyle, że większa część pracowników wcale nie ma do nich dostępu. Pracują w mniejszych siedzibach, lub należą do niższej kasty (pracownicy Google podzieleni są na grupy). Żółta jest tą najniższą i stanowią ją zwykli pracownicy, pozbawieni nawet możliwości wejścia do głównych budynków. Nie mamy dostępu do żadnych konkretnych danych, ale jestem przekonany, że do wszystkich bonusów jakie przysługują pracownikom, dostęp ma jakaś jedna piąta, lub jedna szósta pracowników.

To i tak dużo, prawda? Pewnie, że tak. Bo przecież reszta nie jest wcale traktowana jak w obozie pracy, tylko jak w zwykłym, rutynowym przedsiębiorstwie. Czyli chodzą do normalnej pracy, podczas gdy ta bardziej „elitarna” część świetnie się w swojej pracy bawi.

I teraz pytanie – po co to wszystko? Amerykanie wymyślili na to fajne pojęcie: employer branding. Mówiąc w skrócie, chodzi o to, żeby w oczach potencjalnych pracowników pokazać się jako firma, która da im najwięcej. Tak, aby przyciągnąć do siebie tych najlepszych. Google stosuje więc sprytną sztuczkę marketingową, aby stworzyć sobie wizerunek firmy przyjaznej pracownikowi. I wszyscy ich za to podziwiamy.

Kiedy już najmiemy najlepszych pracowników na świecie, wypadałoby dać im zajęcie. Tylko skąd wziąć pomysły na przedsięwzięcia, w których mogliby się sprawdzić, a które pozwolą firmie zarobić? Zapytać pracowników! Zatrudniliśmy już najlepsze, najbardziej kreatywne i doświadczone umysły na świecie – przecież każdy z nich na pewno ma mnóstwo pomysłów. I dlatego właśnie Google daje każdemu pracownikowi 20% czasu pracy na rozwój własnych pomysłów. 20% czasu, które wypracowuje później firmie milionowe zyski.

W skrócie – pokażmy się jako firma bardzo przyjazna pracownikowi, a przyjdą do nas najlepsi. Dajmy im dwie godziny dziennie na rozwój własnych pomysłów i dostęp do zasobów. Nawet jeśli większość tych pomysłów nie jest wiele warta, to jeden, raz na jakiś czas, przyniesie nam świetny produkt, a co za tym idzie, duże zyski.

Pewnie nie odkryłem nic wielkiego. Po prostu trafiło we mnie w którymś momencie, że to wszystko bardzo sprytne działanie kierownictwa. Nie umniejsza to oczywiście tego, że to jedna z najlepszych instytucji dla pracownika. Ba, w chwili, w której sobie to wszystko uświadomiłem mój podziw jeszcze wzrósł. Tak sprytnie działająca maszyna to przecież niewyczerpalne źródło dochodów. A tak na co dzień, Google to i tak zwykła korporacja.

Radość z filmu

Jestem chyba stworzony do tego, żeby oglądać filmy w samotności. Uwielbiam je. Dobry film płynie w mojej głowie jeszcze jakiś czas po napisach końcowych. Podsycany często muzyką.

Kiedy je oglądam, chcę móc wciągnąć się przedstawiony świat jak tylko mogę najbardziej. Nie lubię robić przerw, nie cierpię jak ktoś rozmawia. Denerwuje mnie nie tylko to, że ktoś przeszkadza mi, ale też to, że nie umie czerpać tak wiele z filmu jak ja. Jak ktoś może odwracać twarz od ekranu, kiedy najdrobniejsza mimika u aktora to kwintesencja filmu. Jak może wyjść po wodę, kiedy traci trzydzieści sekund genialnej sceny.

Po prostu ogląda. Siedzę i jestem w środku akcji. Nie chcę nic, co psuje mi tę możliwość. Nie dostanę tego w kinie ani na kanapie przy rodzinnym oglądaniu filmu. Dlatego na te ważne dla mnie filmy nigdy nie pójdę do kina. Za to, kiedy wieczorem usiądę sam przed ekranem, każdy film staje się dużo ciekawszy. A przez kolejne dwa dni cały czas czuje wszystkie emocje, które czułem podczas oglądania. To się pewnie jakoś leczy. ;) Tak, myślę, że byłbym dobrym przyjacielem reżyserów – przeżywam film do szpiku kości.

Jak obchodzić się z klientem

CreativeMornings: Mike Monteiro – F*ck You. Pay Me.

Okazuje się, co przecież nie jest żadnym zaskoczeniem, że trzeba mieć papier. Umowa to podstawa. O ile ja sam umowę raz mam, raz nie mam, tak staram się mieć. Szczególnie jeśli zleceniodawcą jest jakaś firma, nie pojedyncza osoba. Te mają tendencję do olewania nas jako pracowników. Swego czasu okrutnie się nadziałem na jedną z brytyjskich agencji turystycznych. W połowie projektu okazało się, że skończyły się fundusze i projekt jest wycofany. Co prawda nie widzę, żeby cokolwiek z mojej pracy wykorzystali. Za część zapłacili, za drugą nie. Nie miałem umowy niestety a do tego kontaktowałem się tylko z pojedynczą osobą, która w praktyce mogła być mało znaczącym szeregowym pracownikiem, albo zwykłym oszustem. Mógłbym niby się domagać reszty, bo mam i maile i wszystkie nasze rozmowy na IMach, ale po prostu mi się nie chciało, bo wiem jak bardzo trudne by to było. Tym bardziej, że sprawa jest za granicą.

Na prawdę warto wydać te 120 złotych dla prawnika, który przejrzy naszą umowę. Jeśli tylko mogę, staram się taką sporządzać sam, bo klienci (szczególnie ci mniej doświadczeni w Polsce) nie bardzo mają pojęcie o podstawowych sprawach. Choć cały czas problemem wydają się być właśnie relacje z klientami, którzy należą do tej gorszej części. Z jednej strony trzeba ich obstawić i wziąć za zlecenie dwa razy więcej, a z drugiej nie chce się pozostawiać niemiłego wrażenia. W tej branży opinia jest bardzo ważna. Nad tym jeszcze pracuję.

Ja chcę tylko skonwertować kilka plików…

Na tylkoteatr muszę od czasu do czasu skonwertować kilka plików. Póki co, jedno nagranie dzielę na cztery. Po dwa dla H.264 i Theory (dla HD i SD). Do tej pory robiłem to ręcznie przy użyciu HandBrake i Firefogg. Wiadomo, że takie rozwiązanie kosztuje dużo czasu i przy większych partiach danych trzeba się sporo naklikać i pilnować kiedy skończy się jedna operacja, żeby móc zacząć kolejną.

Dzisiaj postanowiłem poszukać normalniejszego rozwiązania. Jednym kliknięciem chciałem mieć cztery pliki wynikowe nad którymi nie trzeba byłoby myśleć. Trochę szukania. Oczywiście nie ma prostego sposobu, ale okazuje się, że jest fajne narzędzie, które teoretycznie konwertuje ze wszystkiego na wszystko. Konsolowy ffmpeg ma być lekiem na całe zło konwersji na rozmaite formaty. Theorę faktycznie konwertuje bez problemu. Chyba nawet szybciej niż Firefogg. H.264 też sobie radzi, ale jest jeden problem – nie potrafi obsłużyć dźwięku w AAC. Bez tego całość jest nic nie warta. Okazuje się, że można dodać taką możliwość. Jest jakiś mały spór o licencje, ale nieoficjalnie można sobie skompilować działającą wersję. Tyle, że ja nie mam o tym pojęcia i średnio mi się chce uczyć.

Szukam alternatywy. Znalazło się libav, które jest kontynuacją ffmpeg, bo znowu ktoś się z kimś pokłócił i część twórców wykruszyła się z głównego projektu. Po drobnych modyfikacjach na plikach udało mi się zmusić bibliotekę do działania i potrafi teraz kodować H.264 z AAC. Za to nie potrafi Theory. Nie ma problemu, wsadzę starszą wersję i będę używał obu. O, starsza wersja zakodowała plik 720p, który wywala mi VLC. Tymczasem 480p działa bez problemów. Do tego w przeglądarkach wszystko odtwarza się jak należy. Dziwne.

No nic. Spinam wszystko w jednym pliku .bat, który za parametr przyjmuje źródłowe nagranie i wypluwa mi cztery zoptymalizowane i gotowe do wrzucenia na FTP nagrania. O, H.264 przestał działać. Mam dość. Zostanę przy tych bardziej czasochłonnych metodach.

Co mam na myśli? We Flashu to wszystko jest tak cholernie proste…

Jak otwierać nową książkę

How to open a book

…żeby się od razu nie rozleciała i przetrwała jak najdłużej. Niby takie proste, a można to zrobić dbając o szwy albo je kalecząc. W przypadku książek klejonych też się przyda – poluzuje trochę strony. Szanujcie książki albowiem przyjdzie czas, że zechcą się na was zemścić!

Bo to Empik jest

Dawid „Fenrir” Wiktorski, w swoim artykule Bo to empik jest uderzył w Empik jako wroga czytelnictwa numer jeden, a ja nie widzę ani jednego sensownego argumentu w jego artykule. Fakt, że gdzieś tam przy końcu obrywają też wydawnictwa, ale ich wina jest okrutnie marginalizowana.

Małe wydawnictwa praktycznie nie mogą pozwolić sobie na niemożność sprzedaży książek w empiku, dlatego muszą godzić się na warunki sprzedaży, jakie się im narzuci.

Empik na obecną chwilę z wydawnictwami gra nie fair. Naprawdę nie trzeba szukać daleko, by spotkać kolejne przypadki maksymalnego zwlekania z płatnościami. Dostawcy towarów muszą zaciągać kredyty na spłatę bieżących zobowiązań, a empik przypomina sobie o ich istnieniu dopiero wtedy, gdy złożony zostanie pozew sądowy

Chwileczkę. Małe wydawnictwa (czy wydawnictwa w ogóle) są na tyle głupie, żeby współpracować z nierzetelnym pośrednikiem, który niszczy je na każdym kroku? I nie mogą sobie pozwolić na to, żeby takiego pośrednika odstawić w kąt, a jak zgnije zakopać na tyłach domu? Czegoś tu autentycznie nie rozumiem. Okej, Empik jest największą siecią tego rodzaju w Polsce, dlatego rozumiem, że promocja wydawanych materiałów z jego udziałem jest jednym z filarów działania, ale dlaczego najczęściej jedynym? Czy tylko mnie w szkole uczyli, żeby dywersyfikować działania? Jeśli nie da się z nimi pracować, to co za problem przestać.

Truizmem jest powiedzieć, że Empik jest w zasadzie już monopolistą na rynku księgarskim – ma taką pozycję, że bez niego sensowna promocja jest niemożliwa. Chcesz wypromować bestseller – bez Empiku i jego promocji jest to niemożliwe.

Aha czyli wydawnictwa nie mogą przestać, bo kompletnie nie mają pomysłu na promocję książek. Menadżerowie zestarzeli się razem z jednym najstarszych znanych mediów. I to jest jedyny problem. Zamiast lecieć jak ćmy do ognia, wystarczy przystanąć na chwilę i zastanowić się nad zmianą strategii. Ja sam jestem w stanie wymyślić przynajmniej trzy porządne filary, które pozwolą działać wydawnictwu bez Empiku, a przecież jest mnóstwo osób, które na pewno byłyby w stanie pomóc wydawnictwom jeszcze bardziej. Tyle, że w tych wydawnictwach ktoś chyba nie zauważył, że świat się zmienił i drukowanie plakatów przestało być wystarczającą promocją.

Dyktowanie warunków na całym rynku stałoby się codziennością, a małe księgarnie zaczęłyby być zamykane z braku klientów (przecież empik ma ładne salony, można poczytać pomiędzy półkami, duży wybór towaru…).

No kurcze. Drogie małe księgarnie – Empik pokazuje wam idealnie czego chcą klienci. Dlaczego nie potraficie skorzystać z doświadczenia konkurencji?

Wydawcy raczej nie wpłyną na zmianę pozycji Empiku. Te zmiany musiałyby być oddolne. Jeżeli czytelnicy zaczęliby wybierać inne księgarnie, mniej zorientowane na bestsellery, a bardziej na książkową różnorodność, pewnie byłoby to z korzyścią dla wszystkich.

A to już jest straszne. Klienci są w stanie zapłacić więcej za dodatkowe korzyści. Za to, że przyjdą do ładnego salonu, usiądą na wygodnej kanapie, a obsługa będzie dla nich miła. Jeśli nikt inny nie jest w stanie zaoferować klientom podobnego standardu, to chyba logiczne, że klienci kierują się do Empiku. Bo chyba nie jest tak, że czytelnik powinien pójść do małej księgarni, oddalonej od miejsca zamieszkania kilkanaście kilometrów, do tego ze słabym dojazdem, otworzyć skrzypiące drzwi i spróbować znaleźć interesującą go pozycję. Jeśli mu się uda – zaoszczędzi osiem złotych. Jeśli nie… no trudno, przynajmniej próbował.

Tak naprawdę problemem nie są ani czytelnicy, ani Empik. Problemem są wydawnictwa, które nie mają pojęcia jak się odnaleźć w dzisiejszym świecie. Istnieją w formie identycznej jak istniały kilkadziesiąt lat temu. Do tego zarządzają nimi ludzie tak nieudolni, że opierają swoje istnienie na współpracy z pośrednikiem, który ma warunki nie do zniesienia, a do tego potrafi jeszcze nie zapłacić i oddać pół nakładu. I kto tu tak naprawdę ma klapki na oczach?

TED Behind the Scenes

Chłonę wszystko, co dzieje się wokół TED Talks jak gąbka, ale nie przyszło mi nigdy zastanowić się jak to wygląda za kulisami. Zawsze sądziłem, że występujące tam osobistości mają już duże doświadczenie i po prostu wychodzą na scenę. Fajnie zobaczyć jak to wszystko wygląda z drugiej strony.