Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.
Napisałbym po prostu obejrzyj, ale to trochę za mało. Serial składający się (na razie) z sześciu odcinków, po półtorej godziny każdy. Serial o Sherlocku Holmesie. W XXI wieku, z iPhonem w ręku. Angielski klimat z „angielską nowoczesnością” (te tapety), więc nawet nie brakuje melonika albo telegrafu. Wszystko jest naturalne i spójne.
I – na szczęście – zmienne. Można by powiedzieć, że to taki House w detektywistycznych klimatach i troszeczkę byłoby w tym prawdy, ale tutaj olbrzymią zaletą jest różnorodność. Niby Sherlock rozwiązuje kolejne sprawy, ale równolegle toczy się większy wątek, wszystko prowadzi do jakiegoś celu. I to nadaje serialowi cholernie potrzebnej ciągłości.
O tym, że pierwszy odcinek drugiej serii to dzieło wybitne tylko wspomnę. Po prostu obejrzyj.
To chyba najbardziej szczegółowe twory z Lego jakie widziałem. Gdyby nie powiększenie myślałbym, że to po prostu standardowa makieta. 130 000 klocków i 600 godzin pracy na ostatni domek. Na stronie Mike’a są galerię z przybliżeniami.
I pomyśleć, że mi zawsze brakowało jakiegoś typu (lub koloru) klocka, żeby zbudować to, co chciałem…
Kiedy pisałem o Majesty zorientowałem się, że jakiś czas temu wydano drugą część. Bałem się trochę, że pewnie popsują ten klimat, ale uspakajaliście mnie w komentarzach, że jest równie dobra.
Jest. To znaczy – klimat trochę jednak ucierpiał przez… lepszą grafikę. Jest na prawdę ładna, ale jednak sentyment do tej całej starej otoczki pozostaje. Nowe Majesty to nic innego jak pierwsza część z ulepszoną grafiką i poprawionymi wszystkimi niedogodnościami. Możemy więc grupować bohaterów w drużyny po czterech – twardziel, który przejmie na siebie ataki, bohater ze zdolnościami leczenia i dwóch bohaterów wspierających z odległości (mag i łucznik) to drużyna ciężka do pokonania. Do tego wieże strażnicze zyskały na sile i znaczeniu, co można fajnie taktycznie wykorzystać w wielu misjach. Zmienił się też mechanizm budowania placówek handlowych i świątyń – można je postawić tylko na z góry określonych terenach, co często też jest fajnym dodatkiem, bo trzeba bronić zajętych stanowisk.
Takich małych ulepszeń jeszcze kilka się znajdzie i wszystkie poszły w dobrą stronę. Popsuto niestety trochę różnorodność misji. O ile w poprzedniej części starano się, żeby – choć pozornie – nie wszystkie polegały na zabiciu lub zniszczeniu czegoś, tak tutaj wyraźnie wszystkie po kolei dokładnie na tym bazują. Sytuację pogarszają kolejne dwa dodatki, które nie zmieniają kompletnie rozgrywki, a misje toczą się nawet na tych samych mapach! Trochę lepiej jest z najnowszym dodatkiem – Monsters Kingdom, gdzie kierujemy już zupełnie innymi bohaterami. Wszyscy z którymi do tej pory waliczyliśmy stają się naszymi sojusznikami. Fajnie jest przez chwilę kierować szczuroludźmi czy wilkołakami, tym bardziej, że nawiązują w jakimś stopniu do Pirates of the Caribbean podśpiewując własną wersję and a bottle of rum.
Tak czy inaczej gra jest ekstra. Wszystkie poprawki są na plus, a uroku całość praktycznie nie straciła. Tak się powinno robić sequele – poprawić to, co przeszkadzało poprzednio, a nie psuć to, co dobrze działa.
Był czas, kiedy powstawało bardzo dużo RTSów. Bardzo dużo dobrych RTSów, a Majesty wyróżniało się spośród nich i zajęło w mojej pamięci bardzo wysokie miejsce. Naszła mnie ochota na przypomnienie sobie jak to było być królem i przejście gry wraz z dodatkiem.
To do tej pory jest świetna pozycja. Spośród innych, w których stajemy się władcą, budujemy, najmujemy jednostki i walczymy z innymi nacjami, wyróżnia ją to, że nie mamy wpływu na jednostki. Właściwie jedyne co możemy robić w grze to zlecenie budowy, najęcie bohatera i wyznaczanie nagród. Plus jeszcze rzucanie czarów (drogich) i odkrywanie nowych technologii. Reszta dzieje się sama. Nie możemy kliknąć poddanego i rozkazać mu walczyć. On sam zrobi to, co mu się zechce. A trzeba dodać, że poza różnicami technicznymi (siła, zręczność), bohaterowie mają swoje charaktery. Rogue poleci za złotem choćby miał zginąć (i najczęściej ginie…), paladyn walczy w imię wyższych celów, a ranger poleci odkrywać niezbadane ziemie.
Do tego misje (szczególnie w dodatku) są dość zróżnicowane jak na RTS. Drobne modyfikatory (tu nie pozwolimy używać czarów, tam pozwolimy nająć tylko jedną silną jednostkę w jednym budynku, albo w ogóle nie pozwolimy najmować jednostek) bardzo fajnie urozmaicają grę. Misje potrafią być naprawdę trudne. A do tego całość ma świetny klimat, który tworzy tak grafika (co z tego, że archaiczna i w 800×600) jak i muzyka z dźwiękami otoczenia. Wielbię tę grę i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę.
Kiedyś nawet czekałem na drugą część z dopracowanymi elementami i poprawioną grafiką. Okazuje się, że powstała jakiś czas temu. Muszę dorwać i sprawdzić jak bardzo popsuto miodność. ;) Jest też wersja na urządzenia mobilne, ale ta grafika mnie odrzuca.
Mała podpowiedź – gdyby ekran gry przewijał wam się za szybko, można w rejestrze zmienić wartość ScrollSpeed w Cyberlore/Majesty.
Ostatnio gram bardzo mało, a jeśli już to w starsze tytuły, ale potrzebuję na dysku mieć przynajmniej jedną pozycję, którą mogę się czasami oderwać od pracy. Na Braid padło, bo zauważyłem gdzieś screeny i urzekła mnie grafika. I faktycznie, świat jest piękny i jeszcze do tego oprawiony muzyką na takim samym poziomie. Podoba mi się też fabuła, która fajnie kontrastuje z całością. Kierujemy Timem, o którym wiemy tylko tyle, że szuka swojej księżniczki (porwanej przez okrutnego złoczyńcę), a którą uraził czymś kiedy popełnił bliżej nieokreślony błąd, który chciałby naprawić. Lub lepiej – wymazać. To jedna z niewielu gier tak pełna metafor w jaką okazję miałem grać.
Nie mniej jednak Braid to gra logiczna. W każdym ze światów dostajemy, w różnym stopniu, kontrolę nad czasem. Możemy go cofnąć, spowolnić lub działać w dwóch czasach jednocześnie. Całość to na prawdę niezła łamigłówka i podziwiam jeśli komuś udało się przejść ją od początku do końca bez pomocy. Ja nie dałem rady. Jedno jest pewne – to nie jest rozrywka dobra na przerwę w pracy, tu trzeba myśleć jeszcze więcej.
Zastanawiałem się czy powyższe nagranie powinno trafić na bloga i dalej nie jestem pewien, ale… Kurcze, jest w tym coś magicznego. Pamiętacie jak, jako dzieci, wiecznie żałowaliście, że takie wielkie otwarte lodowiska to widać tylko na filmach? Że u nas jeziora nie zamarzają na tyle, żeby po nich jeździć? Holenderskie rzeki zamarzają. I wszyscy z tego korzystają. Bardzo lubię łyżwy, ale średnio lubię to, że na lodowisku muszę jeździć w kółko w tę i z powrotem.
Gdybyście wybierali się do Holandii, zarezerwujcie dwa dodatkowe miejsca. ;) Nagranie pochodzi z Lemmer na północy kraju. Autor twierdzi, że taka okazja nie zdarza się często, ale z drugiej strony, patrzcie jak wiele osób ma własne łyżwy… ;) Muzyka to Ice Dance autorstwa Paula Reevesa.
Jak na kogoś, kto średnio lubi science fiction muszę przyznać, że Mass Effect jest świetne. Głównie za sprawą fabuły pewnie, bo ta wciąga w wykreowany świat do tego stopnia, że czytałem nawet opisy wszystkich planet czy podręczną encyklopedię świata. Serio, jak dobra literatura. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że sama gra mogłaby być tylko dodatkiem. Co prawda główny wątek jest dość krótki i to raczej kilka złożonych misji, ale na samym początku dużo frajdy dostarcza latanie po tych wszystkich bardziej oddalonych planetach i oglądanie otoczenia. Szkoda tylko, że ten element trochę zmarnowano, bo nie znajdziemy na żadnej nic ciekawego.
Do tego rozmowy. Rzadko się zdarza, żebym czytał dialogi od początku do końca, a tutaj są one na tyle ciekawie prowadzone, że chce się w nich uczestniczyć. Muzyka trochę denerwuje, bo jest jej okrutnie mało. System walki nie powala, ale nie nudzi. Na początku nawet potyczki wydawały mi się bardzo trudne, ale to tylko złudzenie przy pierwszym podejściu. Myślałem nawet, że zostanę zmuszony do jakiegoś taktycznego myślenia i zarządzania moją drużyną, ale wystarczy po prostu poczekać aż przeciwnik się wychyli i strzelać. Trochę szkoda.
Jedna z tych gier, które wciągają i to nie z powodu samego gameplaya, ale fabuły. Nie często się zdarza, dlatego wszystkim, którzy wymagają od grania czegoś więcej niż tylko czystej rozrywki mogę polecić. Jak ktoś chce postrzelać, to są lepsze tytuły. Czekam z niecierpliwością aż będę mógł przetestować drugą część, też miodna podobno. Galeria.