second gate studio blog

Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.

Dlaczego potrzebujemy Siri

Serwisy naokoło się zastanawiają czy to się przyjmie i czy ma sens a nie dostrzegają jednej rzeczy. Potrzebujemy Siri, bo za pomocą swoich smartphone’ów robimy coraz więcej rzeczy.

To całkiem proste – wysyłamy maila do szefa, że wszystkie zadania na dziś zrobione i moglibyśmy urwać się wcześniej, ale mieliśmy jeszcze z nim spotkanie o 16, a to za cztery godziny. Więc fajnie by było je przełożyć. Szef odpisuje, że możemy się spotkać jutro. Wysyłamy SMSa do żony, że będziemy wcześniej i zrobimy obiad. Ale w domu nie ma nic do jedzenia.

W normalnych warunkach potrzebujemy do tego pięciu aplikacji otwieranych kilka razy. Trzeba byłoby też w każdej odnaleźć odpowiednie kontrolki, a to wszystko kosztuje trochę czasu. Moglibyśmy go zaoszczędzić gdyby istniała jedna aplikacja integrująca wszystkie funkcje. Ale tam byliśmy jeszcze jakieś pięć lat temu i wiemy, że to rozwiązanie jeszcze gorsze.

Tymczasem sterowanie głosem jest właśnie taką jedną aplikacją do wszystkiego, która przy tym nie traci prostoty obsługi. To nic, że wydaje się dziwne rozmawianie z telefonem, przyzwyczaimy się. Jednak za pomocą kilku prostych komend wszystkie wyżej wymienione polecenia wykonamy z lekkością dużo przyjemniej niż przeklikowując się przez kolejne ekrany. Siri spaja wszystkie dostępne opcje. Pod warunkiem, że dostanie jakieś API…

Łatwe i przyjemne dodawanie realistycznych obiektów do zdjęć

Rendering Synthetic Objects into Legacy Photographs

Tak, taki efekt można uzyskać również bez dodatkowych algorytmów. Trochę żmudnej pracy w Photoshopie nad cieniowaniem nowo wstawionych elementów i efekt też będzie zadowalający. Ale nigdy nie było to tak proste. Dodanie realistycznie wyglądającego elementu do zdjęcia wymagające tylko określenia warunków otoczenia? Do tego algorytm bez problemu radzi sobie z elementami przeźroczystymi.

Już widzę jak za dwa lata Adobe kupuje rozwijający to zespół i prezentuje całość w kolejnym Photoshopie.

Photoshop poprawi rozmazane zdjęcia

To jest dopiero imponujące. Na Adobe Max 2011 zaprezentowano testową funkcję Photoshopa umożliwiającą wyostrzanie rozmazanych zdjęć. Jak widać działa do krajobrazów, portretów, a nawet do tekstu. Rozumiem, że algorytm stara się wykryć jaki ruch aparatem wykonano przy otwartej przesłonie patrząc na to w jakim kierunku rozmazują się kolory. Później wystarczy po prostu je poprzesuwać w kierunku odwrotnym. Choć brzmi prosto, jest to chyba jedna z najbardziej zaawansowanych funkcji jakie mogę sobie wyobrazić. I jedna z najbardziej potrzebnych, bo z czegoś takiego korzystać będą wszyscy.

Nie powiedziane kiedy sami będziemy mogli się tym pobawić, bo jest to jeszcze dość surowa wersja. Miałbym nadzieję na coś takiego w CS6.

Pierwsze spojrzenie na Windows 8

Moje pierwsze spostrzeżenie – największa firma technologiczna świata, a nie potrafią nagrać wideo z dobrym dźwiękiem. ;)

Metro UI w Windows 8 wygląda po prostu jak nakładka. Z jednej strony pozwala to na uruchamianie aplikacji z poprzednich wersji, ale z drugiej jest po prostu aplikacją wypełniającą ekran na zwykłym systemie. Chwalę to, że nakładką bazującą na HTML5 i JavaScript, ale jeśli się zastanowić – przecież takie coś może zrobić każdy i nie potrzebujemy do tego Microsoftu. Wystarczyłaby strona uruchomiona w przeglądarce na fullscreenie. Do tego MS próbował już swoich sił z takimi nakładkami przy Windows Media Center, które chyba przyjęło się dość słabo (mimo, że dodawane jest do kolejnych wersji systemu).

Dla mnie to trochę za proste rozwiązanie. Jasne, może się sprawdzić na tabletach, a dzięki temu, że jest oficjalne, może pojawi się więcej aplikacji, ale w gruncie rzeczy nie dostaniemy niczego specjalnego. Kafelki są okej, ale to tylko przykrywka pod standardowy system. Niby możemy zawsze odpalić sobie Excela na tablecie, ale to wciąż ten sam Excel, niedostosowany do urządzeń z interfejsem dotykowym.

Oczekuję raczej czegoś nowego. Tak, jak Windows Phone 7 wprowadził nas w trochę inny świat interfejsów, tak chciałbym, żeby na PCtach czy tabletach też coś się zmieniło. Od MS chcę dostać mikrojądro, nad którym pracowali i interfejs odbiegający od dzisiejszych standardów. Nie chcę kolejnego Windowsa z małymi zmianami. Wydaje mi się tylko, że jedno przeszkadza w rozwoju ciekawszych i wygodniejszych UI – myszka.

Nowe Final Cut Pro X

Wygląda na to, że Apple odwaliło kawał dobrej roboty przy Final Cut Pro X. Nie jestem power userem, ale praca z Final Cut Pro w tej chwili do przyjemnych nie należy. UI jest przestarzałe, a zarządzanie tymi wszystkimi rozwalającymi się po pulpicie okienkami było okrutnie niewygodne. Do tego brakowało rozwiązań, które przyspieszą pracę z rzeczami, które robi się mechanicznie, a które program mógł zrobić za nas. I takich operacji jest bardzo dużo.

W nowej wersji w końcu wszystko będzie jak trzeba. Z resztą – wystarczy posłuchać z jaką ulgą publiczność przyjmuje informację o wersji 64 bitowej, nowym interfejsie czy choćby (w końcu!) magnetic timeline. No i precision editor. Jest tego wszystkiego na pewno więcej, ale dla mnie wystarczy tyle. Na prawdę niecierpliwie czekam aż będę mógł wywalić starego Final Cut i zacząć w końcu wygodnie montować.

Ja chcę tylko skonwertować kilka plików…

Na tylkoteatr muszę od czasu do czasu skonwertować kilka plików. Póki co, jedno nagranie dzielę na cztery. Po dwa dla H.264 i Theory (dla HD i SD). Do tej pory robiłem to ręcznie przy użyciu HandBrake i Firefogg. Wiadomo, że takie rozwiązanie kosztuje dużo czasu i przy większych partiach danych trzeba się sporo naklikać i pilnować kiedy skończy się jedna operacja, żeby móc zacząć kolejną.

Dzisiaj postanowiłem poszukać normalniejszego rozwiązania. Jednym kliknięciem chciałem mieć cztery pliki wynikowe nad którymi nie trzeba byłoby myśleć. Trochę szukania. Oczywiście nie ma prostego sposobu, ale okazuje się, że jest fajne narzędzie, które teoretycznie konwertuje ze wszystkiego na wszystko. Konsolowy ffmpeg ma być lekiem na całe zło konwersji na rozmaite formaty. Theorę faktycznie konwertuje bez problemu. Chyba nawet szybciej niż Firefogg. H.264 też sobie radzi, ale jest jeden problem – nie potrafi obsłużyć dźwięku w AAC. Bez tego całość jest nic nie warta. Okazuje się, że można dodać taką możliwość. Jest jakiś mały spór o licencje, ale nieoficjalnie można sobie skompilować działającą wersję. Tyle, że ja nie mam o tym pojęcia i średnio mi się chce uczyć.

Szukam alternatywy. Znalazło się libav, które jest kontynuacją ffmpeg, bo znowu ktoś się z kimś pokłócił i część twórców wykruszyła się z głównego projektu. Po drobnych modyfikacjach na plikach udało mi się zmusić bibliotekę do działania i potrafi teraz kodować H.264 z AAC. Za to nie potrafi Theory. Nie ma problemu, wsadzę starszą wersję i będę używał obu. O, starsza wersja zakodowała plik 720p, który wywala mi VLC. Tymczasem 480p działa bez problemów. Do tego w przeglądarkach wszystko odtwarza się jak należy. Dziwne.

No nic. Spinam wszystko w jednym pliku .bat, który za parametr przyjmuje źródłowe nagranie i wypluwa mi cztery zoptymalizowane i gotowe do wrzucenia na FTP nagrania. O, H.264 przestał działać. Mam dość. Zostanę przy tych bardziej czasochłonnych metodach.

Co mam na myśli? We Flashu to wszystko jest tak cholernie proste…

Chwalenie się wersją traci sens

Przynajmniej tam, gdzie środowisko działania zmienia się bardzo szybko. Twórcy oprogramowania faktycznie lubią porównywać numerki, ale dla użytkownika to raczej nic nie znaczy. Weźmy takiego Chrome – żeby dowiedzieć się którą wersję posiadamy, trzeba chcieć taką informację znaleźć. Z Safari jest podobnie, natomiast reszta jeszcze lubi pokazywać swoją 11 albo 4.

Od pojawienia HTML5 przestajemy się przejmować numerkami, bo wraz z postępem czasu, specyfikacja będzie się po prostu poszerzać o kolejne funkcje. I to jest, moim daniem, bardzo fajna decyzja. Nie będzie tak, że gdy nagle zaczniemy potrzebować supportu dla napisów w <video>, W3C wyda „kolejną wersję” HTMLa. Nie, uzupełnią specyfikację o kolejne elementy.

Chciałbym, żeby tak samo działo się w przypadku software. A przynajmniej tego częściej aktualizowanego. Najwyższy czas skupić się na treści, a nie opakowaniu. Użytkownika nie obchodzi (choć marketingowcom wydaje się inaczej), że Opera jest już w 11 wersji. Łał, to musi być już dużo lepsza, bo Firefox ma tylko 4. Nikt się przecież na to nie nabiera, bo Opera i tak średnio sobie radzi ze zdobywaniem kolejnych użytkowników.

Proces aktualizacji software powinien wyglądać inaczej. Użytkownik instaluje sobie aktualną wersję. I od tej pory ma gdzieś której wersji używa. Nie interesuje go również aktualizacja. Soft powinien robić to sam w tle. Do tego stopnia, że nie powinny pojawiać się nawet żadne wiadomości. Użytkownik nie musi wiedzieć, że ma już nową wersję. Nie musi być pytany o to, czy ją pobrać, ani o to czy w ogóle chce się tym zainteresować. Użytkownik ma mieć nową wersję, bo nowa wersja ma być lepsza. Ma tworzyć lepsze środowisko do działania dla deweloperów, albo poprawiać wykryte błędy. Powinniśmy się w końcu przestać zastanawiać się nad software, a zacząć go używać.

Na pewno zostanę zjedzony przez power-userów. Ktoś mi jeszcze wytknie, że przecież W3C i tak chwali się swoim numerkiem. Ba, stworzyli sobie logo. Ci pierwsi powinni wiedzieć, że są odsetkiem, ci drudzy muszą sobie uświadomić, że W3C reklamuje w ten sposób nowe podejście.

To wszystko nie dotyczy tylko przeglądarek. Powinno, i na pewno będzie, obejmować coraz więcej programów. Przeglądarki są najlepszym przykładem, bo muszą gonić za rozwojem sieci. Nie ma co czekać na kolejne wersje, wszystko trzeba wprowadzać jak najszybciej, a nie zbiorczo raz na rok. Cieszę się, że Mozilla się zorientowała.

Moja ciotka nie zaktualizuje sobie VLC. Nawet jeśli wyskoczy jej okienko. Może się bać, albo może mieć to zwyczajnie gdzieś. Bo działa. Jak działa, nie dotykaj. A tymczasem gdyby program uaktualnił się sam, oszczędziłby jej stresu wynikającego z pojawienia się jakiegoś okienka i jeszcze stałby się np. szybszy po wprowadzeniu akceleracji w którejś kolejnej wersji.

Można się jeszcze zastanowić jak to się ma do zmian w interfejsie. Tu faktycznie może być trochę trudniej. Z jednej strony można by wprowadzać je małymi kroczkami. Ale wszystkich, którzy przyzwyczajają się do rozmieszczenia elementów będzie to strasznie irytować. Co dwa miesiące przycisk w innym miejscu. Więc chyba tutaj lepiej wprowadzać takie zmiany hurtowo w dłuższych odstępach czasu. Czyli – zostawmy interfejs i aktualizujmy to, co pod spodem. Ale znowu – nie pytajmy użytkownika, czy chce po dwóch latach uaktualnić program do nowej wersji, bo interfejs wygląda zupełnie inaczej. On nie jest do końca pewien co to interfejs. A my przecież nie będziemy bez końca wspierać archaicznych już rozwiązań z poprzedniej wersji. Tym bardziej nie chcą wspierać ich deweloperzy usług towarzyszących i tworzyć rozwiązań dla kilku wersji.

To zaczyna też działać w segmencie systemów operacyjnych. Różne dystrybucje Linuxa są bardzo bliskie takiej zasadzie działania. Bardzo blisko jest już też w aplikacjach na iOS – twórcy chwalą się nowościami, nie chwalą się wersją. To wszystko stwarza wrażenie lekkości software’u. Dużo przyjemniejsze dla użytkownika, bardziej naturalne.