Autorem tego bloga jest zx. Na stronie zajmuję się szeroko pojętym user-experience i takoż pojętym designem. Piszę o technologii, pokazuję rzeczy zaprojektowane z wyczuciem, dbałością o szczegóły i szukam inspiracji w każdej możliwej dziedzinie. Kontakt.
Jak powinien wyglądać tytuł strony www? Co powinno znaleźć się w tagu title? Z pozoru sprawa banalna. Tytuł strony, tytuł artykułu, czasami data. Tyle, że bardzo istotna jest kolejność w jakiej te elementy wyświetlimy. Bardzo istotna nie ze strony SEO, SEM, czy jakichś innych dziwnych wymysłów, ale ze strony użytkownika.
Mówiąc wprost - pierwszym elementem musi być tytuł artykułu, lub tytuł podstrony którą akurat wyświetlamy. Kiedyś nie miało to większego znaczenia, bo i tak w systemowym pasku tytułu mieściło się najczęściej bardzo dużo, więc kolejność była mniej istotna. Teraz twórcy przeglądarek rezygnują z wyświetlania paska tytułu, wyświetlając treść taga title wyłącznie na kartach. Na Windows w tej chwili robi tak Chrome i Opera, ale już niedługo w ich ślady pójdzie Firefox, a za nim pewnie pozstałe przeglądarki. Wśród wielu zalet takiego rozwiązania, znajduję jedną zasadniczą wadę - na karcie mieści się tylko niewielka część tytułu.
Przez to, otwierając np. dwie karty z różnymi artykułami z tej samej strony nie będę w stanie rozróżnić która jest którą, jeśli tytuły artykułów nie znajdą się na samym początku taga title. Dopiero podejrzenie zawartości pozwoli namierzyć to, czego szukam, a to w oczywisty sposób ogranicza przyjemność korzystania z przeglądarki. Nie mówiąc już o tym co działoby się, gdybym otworzył nie dwie, a dwanaście podstron naraz.
Moja konfiguracja Mirandy nie przewiduje statusów opisowych wyświetlanych na liście kontaktów. Czasem można się nimi pobawić, ale w praktyce nie wnoszą do funkcjonalności IMów nic wartościowego. Wśród moich kontaktów znajdują się jednak osoby, których opis ma duże znaczenie i fajnie byłoby mieć możliwość łatwego podejrzenia go. Domyślnie Miranda umożliwia wyświetlenie małego okienka z opisem (prawoklik na kontakcie → Read offline/away/online message), ale do najwygodniejszych rozwiązań to na pewno nie należy.
Internet głosi wszem i wobec, że czas standardowych, fizycznie istniejących gazet z papieru powoli mija. Ja sam sądzę, że gazet owszem, będzie mniej, ale zostanie też nie mało. Wśród ocalałych znajdą się wszystkie te pisma, które zadbają nie tylko o treść, ale również sposób jej prezentacji. Przyszłość czasopism i magazynów widzę właśnie w barwach takiej elity wyrastających ponad wszystkie treści podawane w formie elektronicznej. Dopracowane artykuły, pisane łatwym, ale równocześnie eleganckim językiem. Duże zdjęcia dobrej jakości, które nie są tylko ozdobnikiem tekstu, ale wartością samą w sobie. Dbałość o typografię, rozkład treści, dużo wolnej przestrzeni na stronach. I w końcu bardzo dobrej jakości papier i tusz - zapachu kartek zaraz po otwarciu świeżo kupionego magazynu i refleksów światła na stronach nie zastąpi żaden elektroniczny gadżet.
To na pewno nie będzie dla wydawców łatwe. Magazyny i gazety, które w tej chwili postrzegane są jako te ze średniej półki (nie cenowej, a jakościowej) będą musiały bardzo się postarać, żeby przetrwać. Te najsłabsze nie mają raczej szans i jeśli będą chciały zachować markę, przejdą całkowicie na publikacje elektroniczną w najprostszej formie - strony WWW. Czasopisma, które dzisiaj uważa się za te lepsze nie wymrą tylko jeśli staną się jeszcze lepsze - najczęściej elementem, który najłatwiej poprawić jest właśnie sposób prezentacji treści.
Testowałem całe mnóstwo multischowków (czyli narzędzi rozszerzających możliwość kopiowania i wklejania danych między programami), jednak większość była strasznie zagmatwana, a słowa prostota chyba nie widziała na oczy. Aż do momentu w którym znalazłem CopyPasteTool pod Windows. Szybkie, małe i idealnie proste narzędzie rozszerzające możliwości standardowego kopiuj/wklej. Tak proste, że instrukcja obsługi zawiera się w powyższym obrazku.
Uruchamiamy program i od tej pory dzieje się cała magia. Możemy kopiować dane (właściwie, w tej chwili, tylko tekst) normalnie tak, jak robiliśmy to do tej pory, za pomocą kombinacji klawiszy CTRL i C. Dzięki programowi do schowka trafia nie tylko ostatnia skopiowana rzecz, ale również kilka poprzednich. Jak się do nich dostać? Wciskając standardowe CTRL i V odpowiednią ilość razy (bez puszczana CTRL). Raz – wklejamy ostatnio zapamiętane dane, dwa razy – przedostatnio, trzy – o jeden raz wcześniej itd. Żadnych zbędnych menusów ani rozwijanych list!
W pierwszej części przebrnęliśmy przez konfigurację kilku podstawowych elementów Mirandy (i teraz dużo łatwiej orientujemy się w świecie tysiąca pluginów, skinów i niewygodnej konfiguracji), jednak sporo pracy jeszcze przed nami. W końcu tę mnogość dostępnych pluginów trzeba jakoś wykorzystać. ;)
Wśród komunikatorów dostępnych na Windows, w moim przekonaniu, najlepszym wydaje się być Miranda IM. Wśród zalet na pewno można wymienić niskie zużycie zasobów, czy coś, czym Miranda po prostu miażdży konkurencję – konfigurowalność.
Sam główny program stanowi swego rodzaju pień drzewa, jest tylko ośrodkiem dostarczającym odpowiednie narzędzia do gałęzi i zapewniającym łączność pomiędzy nimi. I – tak jak sam pień nie czyni drzewa, tak sama główna aplikacja nie ma sensu istnienia bez odpowiednich rozszerzeń. Gałęziami dla Mirandy są pluginy (wtyczki). I to właśnie wtyczki zapewniają programowi każdą pojedynczą funkcjonalność – od możliwości połączenia się z siecią Gadu-Gadu, przez wyświetlanie listy kontaktów, aż do obsługi animowanych emotikon w oknie rozmowy. Wszystkie takie pojedyncze funkcje zapewniają właśnie wtyczki.
Tak bogata możliwość rozbudowy głównego programu niesie ze sobą niestety też jedną potężną wadę – skomplikowaną konfigurację. Pierwsze zetknięcie z programem do miłych niestety nie należy. Choć autorzy próbują coś tam robić w tej sprawie, tak program przed konfiguracją nie jest przyjazny dla użytkownika praktycznie w żadnej kwestii i nie ma co mówić, że jest inaczej.
Postaram się napisać coś w rodzaju poradnika dla osób chcących zapoznać się z Mirandą i pomóc im przejść przez pierwszą konfigurację tak, aby po wykonaniu wszystkich zaleceń dało się z programem wygodnie pracować.
Ile to ja szukałem dobrego playera (z braku wyboru we Flashu), który zapewniłby mi sprawne odtwarzanie muzyki na blogu. Google jest zawalone głupimi stronami z których tylko kilka w ogólne nadaje się do używania. Większość playerów jest co najmniej toporna, a ich funkcjonalność albo ogranicza się do prostego play i progressbara, albo jest próbą stworzenia kolejnego Winampa we Flashu.
Bardzo spodobał mi się player, którego używa Oskar Krawczyk na swoim blogu. To chyba autorskie rozwiązanie, ale nie byłem w stanie tego potwierdzić (tzn. brak odpowiedzi). ;)
Ja jednak potrzebowałem nie tylko prostego przycisku play, ale również kontroli głośności. Mam dość dziwne preferencje (tak sądzę) co do ustawień tejże na domowym PC. Głośniki domyślnie ustawione na połowę mocy (czyli dość głośno). Dźwięki systemowe maksymalnie, za to odtwarzacze muzyki i filmów na około 60% mocy. Dzięki temu nic nie zagłusza powiadomień o nowej poczcie, czy wiadomości IM. Dlatego też doceniam możliwość regulowania głośności we wszelkich flashowych obiektach (i przeklinam dźwiękowe reklamy, które zawsze wyją w niebogłosy).
Na szczęście player w końcu się znalazł. Nie wiem jak go mogłem przegapić, bo znajduje się w domenie, której nazwa idealnie wskazuje zawartość: flash-mp3-player.net. Oferowany tam odtwarzacz jest darmowy, w pełni konfigurowalny i do tego dostarczany w kilku wersjach. Mini to najprostsza i najlżejsza wersja, Normal z ograniczonymi możliwościami konfiguracyjnymi i Maxi, który wybrałem i w którym dostosować można niemal wszystko. Do tego znaleźć można jeszcze player z playlistą (które tworzy się bajecznie prosto – lista elementów do odtwarzania w np. pliku tekstowym) i wersję bez GUI, obsługiwaną za pomocą JavaScript – interfejs tworzymy sami jak tylko chcemy. Na stronie znajdziemy bardzo przystępnie napisaną dokumentację z opisanymi wszelkimi możliwościami.
Jak pisałem, wybrałem opcję Maxi i użyłem jej w jednym z ostatnich wpisów o muzyce w grach. Sprawuje się idealnie (choć Opera czasem wymaga kilku kliknięć zamiast jednego, ale ten soft zawsze miał problemy z pluginami), wygląda bardzo dobrze (bo tak, jak chcemy) i pewnie posłuży mi w kilku kolejnych artykułach o muzyce które planuję. Święty Graal poszukiwaczy playerów odnaleziony. ;)